192

Nie da się ukryć, że leczenie sanatoryjne to relikt z poprzedniej epoki. Pewnie dawno by to wszystko zamknięto z powodu nieopłacalności tego przedsięwzięcia, gdyby nie majątek, na który trudno by było znaleźć kupca i ludzi, którzy straciliby pracę. To, że takie trzy tygodnie dbania o siebie to potężna dawka profilaktyki, w co podobno najbardziej opłaca się inwestować, nie jest dzisiaj żadnym argumentem. Ale albo czasy się zmieniły, albo opowieści o zabawowym charakterze turnusów sanatoryjnych nie były prawdziwe, bo wszyscy wokół mnie przejęci zabiegami, skrupulatnie wywiązują się z tego co im zalecono. I jeżeli na coś narzekają, to na to, że tej opieki lekarskiej jest za mało. 

To czego się tu nauczyłam i co mam nadzieję będę kontynuować, to picia wody przed posiłkiem. Jako kuracjuszka raz dziennie „za pokwitowaniem” dostaję z pijalni porcję wody na cały dzień – mam ja pić trzy razy dziennie, przed posiłkiem. Nie wiem czy rzeczywiście ta woda ma jakiś wpływ na moje zdrowie. Ale niezaprzeczalnie siadając do stołu nie mam poczucia ssania w brzuchu.

I chociaż wyjeżdżam stąd dopiero za tydzień, już dziś się martwię jak zachować zdobytą tu kondycję. Wprawdzie dopiero jak przyjadę do domu porządnie przeszukam net, ale już dzisiaj widzę że są dwa typy ofert: mega luksusowe SPA i siermiężne, trudno dostępne NFZ. To co po środku, prywatne gabinety rehabilitacyjne, oferują tylko różnego rodzaju naświetlania, prądy i masaże (te ostatnie dość drogo). Stoły Slender Life znalazłam na tylko Wołoskiej. Cena dość wysoka, a zdjęcie pokoju ćwiczeń nie zachęca. W dodatku Wołoska nie jest na moim szlaku. Kąpiele borowinowe znalazłam na Ursynowie, jedna kąpiel 60 zł, a przecież  minimum w co warto się pakować to pięć zabiegów. Słowem obawiam się, że łatwo nie będzie. 

Dla zainteresowanych sanatorium, mam dwa przydatne triki:

  • jeżeli chcemy jechać z kimś znajomym (jest wtedy nadzieja na dwójkę) to przed wysłaniem trzeba spiąć skierowania i dołożyć do prośbę o to by jechać razem. Poznałam panie, które w ten sposób już trzeci raz są w sanatorium.
  • do sanatorium przyjeżdża się dzień wcześniej, wtedy jeszcze można coś upolować.  Jak przyjedzie się w dniu, który widnieje na skierowaniu, dobre pokoje są już dawno rozdane.

Dziergam krynicki szal techniką mosaic knitting.

Dobrze, że wybrałam wzór w którym tą techniką robi się tylko środkowy pas szala. Przy okazji dopadła mnie klątwa zapomnianego oczka.  Poprzednio, gdy pod koniec zielonego pasa zauważyłam takie oczko prawie na początku roboty, sprułam. Teraz, ponieważ oznaczałoby to sprucie również kawałka robionego mosaic knitting, muszę wymyślić coś innego (wszystkie sposoby jakie znam, zostawiają widoczne supełki i wychodzące nitki). Na szczęście w obu przypadkach gubiłam oczko z samego brzegu, więc wchodził w grę wariant „bez prucia”.

Tu w Krynicy jest budka, w której sprzedaje się rękodzieło. W oczekiwaniu na kupców, pani wyrabia kolejne klockowe cuda. Jest i trochę szydełkowego badziewia, ale to te klockowe przyciągają wzrok. Kupiłam córce kołnierzyk – taki „klockowy” jest poza moim zasięgiem, takie coś w moim wykonaniu jeno na drutach.

 

Zastawiam się jeszcze nad kupieniem obrazka, na pamiątkę z Krynicy.

 

Byłam w kinie.

 

Tym razem totalna porażka. Wyszłam po godzinie. Nie oczekiwałam zbyt wiele, wiedziałam że to typowy film familijny. Ale tak źle zagranego, z tak drętwymi dialogami filmu w kinie chyba nie widziałam. A przynajmniej nie pamiętam. Przed seansem była zapowiedź filmu o Maksymilianie Kolbe. Już dziś współczuję dziatwie szkolnej, która pewnie będzie siłą zaciągana na ten film.