Nie opublikowałam tekstu w zeszłym tygodniu i nawet po tak krótkim czasie widzę, że ten nieopisany tydzień trochę się mi w pamięci „zatarł”. Bo chociaż ten blog nie aspiruje do bycia dziennikiem, to regularność publikowania kolejnych odcinków pośrednio wymusza na mnie „podsumowanie tygodnia”. Najwyraźniej brak takiego podsumowania przyspiesza przykrywanie wszystkiego mgłą niepamięci. A może mylę skutek z przyczyną? Bo od dłuższego czasu wszystko idzie nie tak. Przemyka mi przez głowę czasami myśl, że powodem odczuwalnej utraty kontroli nad własnym czasem jest zastąpienie komputera komórką (i neurotyczne przeglądanie Twittera). To, że z trudem, ale jeszcze nad tym wszystkim panuję zawdzięczam temu, że ostatnio byłam na kilku zwolnieniach i mogłam sporo czasu spędzić ze słuchawką w ręku, odnosząc kilka sukcesów.
Ale zanim się ogarnę – wstępnie mam tego dokonać na jesiennym, trzytygodniowym turnusie sanatoryjnym w Krynicy Zdroju – zdobywam kolejne sprawności jako babcia. Na razie ciągle jeszcze żyję z wnukiem w kompatybilnych światach. Tu i tam jest Netflix. Jak okazało się, że nie zabrał ze sobą swojego ukochanego audiobooka, szybko został kupiony na Amazonie. Ale ciekawe jak długo jeszcze? Gdy wylądowałam późno wieczorem na Heathrow, do bramek dla legitymującymi się paszportami UE podchodziło się bez kolejki, pozostali byli skazani na długie stanie. Mijając ten tłum pomyślałam, kiedy znów będę musiała stać razem z nimi. Na razie, jeszcze jako część Europy, pewnie po części z powodu przeszłych doświadczeń zawodowych – porównuję systemy edukacyjne.
I tak gdy przyszło do liczenia punktów po skończonej grze odkryłam, że mój wnuk jest uczony matematyki tak samo jak mojego ojca uczono w gimnazjum Marianów i jak później uczył mnie i moje dzieci. Czyli liczenia po cichu w pamięci, bez paluszków, bez kartki i ołówka i innych zbędnych pomocy naukowych.
Nie wiem czy w szkole Tomka są tablice multimedialne, ale patrząc na to, jak na co dzień stosują stare sprawdzone rozwiązania, nie zdziwiłabym się, gdyby ich nie było. Na przykład czytanie książek: jest dzienniczek, w którym rodzice „rozliczają” się z przeczytanych przez dziecko książek.

Z kolei jak byłam z nim w British Museum zobaczyłam mądrze prowadzoną politykę historyczną. Tomek sporo wie o historii Anglii między innymi dzięki takim książkom.

I uprzedzając komentarze – Tomek ma swoje mocne strony, ale nie jest żadnym wzorowym uczniem, ma przeciętne oceny. Tyle, że patrząc na niego (i jego kolegów) nie widzę by posyłanie czteroletnich dzieci do szkoły było zbrodnią. Ps. jak opowiadam o tym Gumisiowi, ona potwierdza bo podobnie opowiada Patrycja o angielskiej szkole swoich siostrzeńców.
Byłam też w Kidzanii. Wnuk ma jakieś dziwne ciągoty. Od razu zaciągnął mnie tam gdzie mu się poprzednio najbardziej podobało, czyli do dentysty. Operował też psa i jeździł karetką pogotowia. Jeden z jego pradziadków był lekarzem – więc kto wie?

Poza tym piekł ciasteczka (w tej grupie był jedynym chłopcem) i pisał reportaż (wcześnie musiał zebrać na mieście „materiał”.

Na koniec założył konto w banku – pod koniec, ponieważ nie miał wystarczającej sumy pieniędzy, która uprawniałaby go do założenia konta, zarabiał jako kurier.

To co mnie zdziwiło, to ogromna przewaga dzieci kolorowych, z tym że podejrzewam że byłam jedyną, która na to zwróciła uwagę. W Kidzanii, czy w londyńskim parku wszystkie dzieci bawią się razem. Pocieszające, że są jeszcze wyspy normalności. Na marginesie: patrząc na pracowników Kidzanii zastanawiałam się, gdzie jest jeszcze gorzej? Co 20 – 30 minut powtarza się tę samą sekwencję. Ile razy można mówić to samo? Do tego dziecięcy gwar + głośna muzyka.
Zanim zostałam z wnukiem, przez dwa dni zwiedzałam angielski interior – nigdy wcześniej nie wyściubiłam nosa poza Londyn (Oxford czy Windsor się moim zdaniem w tej konkurencji „nie liczy”).
Byłam w Battle

Byłam w Hastings

Ale najbardziej „poczułam angielską prowincję, gdy szłam lokalną drogą z Battle na camping, na którym mój wnuk razem ze swoimi rodzicami spędzał weekend w namiocie na hipsterskim campingu, bez prądu, ciepłej wody itp.

Ojej jak tam jest ślicznie! Idzie się drogą i wokół tylko zieleń Te same widoki gdy jedzie się przez Anglię. Szosa, a wokół zieleń. Nad tym krajem ani przedtem, ani teraz nie latały srające betonem ptaszyska.
Tylko te kamienne plaże nie budzą zachwytu. Po prawej stronie zdjęcie mew w rozmiarze mumbo-jumbo. Na każdym kroku wiszą ogłoszenia by ich nie karmić, a co jedna do grubsza.

W 300-letnim hotelu George Herculesa Poirot na śniadaniu nie spotkałam, może dlatego że nie serwowano śniadań. Za to w Hastings spałam w hotelu z widokiem na morze.

Z pamiętnika wk … konsumentki
Poczta w Brwinowie. W telefonie były trzy awiza, ale pani wydała mi pięć listów poleconych (w skrzynce nie było ani jednego awiza, więc wiedziałam tylko o tych w telefonie). Ale wiedziałam, że powinien być jeszcze jeden – kupiony w necie kabel do ładowania Fitbita. Pani w zaparte twierdziła, że takiej paczki nie było. Odszukałam numer do sklepu gdzie kupiłam kabelek, poprosiłam o numer przesyłki i przekazałam pani w okienku. W tej sytuacji przyparta do muru, musiała przyznać mi rację po długim poszukiwaniu nawet udało mi się ją odebrać. Nawet nie mogę zwalać to na IV RP, bo i w tamtej demokratycznej, poczta w Brwi działała tak samo.
Trudno to nazwać ożywioną dyskusją (gdyby nie powiadomienia na mail, nie widziałabym o tych komentarzach). Ale jak trzeba mieć zrypany beret, by zaśmiecać net komentarzami do archiwalnych wpisów. Chyba, że muszą się sprawozdawać z „wykonania”.