Trochę na siłę i wbrew porywom serca oczyściłam umysł z myśli ile rzeczy w domu planowałam zrobić i ostatni tydzień zwolnienia spędzam na wiejskiej rekonwalescencji.
Błogo tu.


Bardzo nastrojowo urządzone wnętrza:

Pełne przyniesionych ze śmietnika, a potem własnoręcznie odnowionych mebli i kupionych na szperach gratów (ta szklana głowa jako model do moich czapek …):

Bujając się w hamaku vintage już pierwszego dnia zrobiłam opaskę dla mamy:

Mój pierwszy enterlac został w domu – miałam bardzo dużo pomysłów na wykończenie brzegów, po zrobieniu każdy następny był brzydszy od poprzedniego, tak że dałam sobie spokój i pewnie skończy się na szydełku.

Bo ja już nie mam siły na rzeczywistość. Po pozamiataniu aborcji i antykoncepcji, przyszła pora na przeszczepy. Na czele ruchu stoi dominikanin, dr. nauk medycznych. Zaczęto się od puszczenia do sieci chwytających za serce artykułów o ludziach, którzy uznani za martwych, wybudzili się ze śpiączki (o tym, że nie byli to kandydaci do przeszczepu, więc to nie komisja, a pojedynczy lekarz popełnił błąd podpisując protokół o śmierci mózgu, oczywiście ani słowa). Do tego wyliczenia, że jeden człowiek „wart” jest 2 mln, tak by na koniec jasno z tego równania wynikało, że że katolicki lekarz nigdy nie podjął by się przeszczepu, a państwo, które to toleruje należy do kręgu cywilizacji śmierci. Usiłowałam nawet dyskutować w sieci z tymi, którzy „wiedzą” więcej, ale się nie da.
Tak naprawdę to nie rozumiem, dlaczego transplantologia jest sprzeciwianiem się boskim wyrokom, a leczenie ludzi w śpiączce nie.
Ale ja coraz mniej rozumiem.