349

W tym tygodniu zdobywałam sprawność opiekunki. Przy okazji uświadomiłam sobie, jak bardzo rozrósł się we mnie gen egoizmu. Kot jest fajny, ale nawet w sobotę i niedzielę bezlitośnie budził mnie o siódmej rano.

Pies lubił wprawdzie rano pospać, ale lubił też chodzić na długie spacery. A ja niekoniecznie. Nie mam samochodu, nie muszę w ten sposób nabijać kroków. 

Słowem w domu pusto, ale chyba tak wolę. Pogadać to sobie mogę przez telefon. Dodatkowo, po raz pierwszy od dawna żyłam w rytmie praca-dom, żadnego skrętu po drodze w bok. Też mi to nie przypadło do gustu.  

Zanim zaczęłam być opiekunką, zdążyłam pójść do kina.  

Geniusz


Oparta na faktach historia przyjaźni nowojorskiego redaktora literackiego (gra go Colin Firth, to dla niego poszłam do kina) z Thomasem Wolfem. Redaktor zajmuje się wyszukiwaniem talentów i ma na swoim koncie spore sukcesy: Hemingway, Fitzgerald. Wolf ma nadzieję, że gdy w niego uwierzy, podzieli ich sukces. I tak się dzieje. Ale Wolf jest bardzo trudnym partnerem w tej przyjaźni.

Popis gry aktorskiej i bardzo fajnie pokazana ówczesna Ameryka.

Po opiekuńczej szychcie wybrałam się na koncert. Szkoda, że jak tylko skończyły się Szalone Dni Muzyki, Plac Teatralny znów zaczął pełnić role miejskiego parkingu. Z zielenią, nawet taką z rolki i w doniczkach, jest mu dużo bardziej do twarzy. 

 

Na koncercie, na którym byłam, grali nie tylko utwory znane nawet takim antymelomanom jak ja. Był i bęben taiko. Pan Japończyk wyszedł ubrany bardzo inaczej od reszty orkiestry (jak zaczął grać to zdjął nawet i ten kubraczek) i zapamiętale walił w wojenny bęben, a orkiestra dawała lekki tusz. Bęben był biało-czerwony, grzmiało tak, że przypominały mi się ekranizacje Hoffmana i jestem więcej niż pewna, że byłby piękną ozdoba na urządzanych ostatnio okolicznościowych imprezach. Pasuje nie tylko kolorystycznie.

 

Rękawiczki w ptaszki sprułam – były za ciasne, ale są dalej w planie. W przerwie postanowiłam zagospodarować szary Rowan tweed, co miał być w jednym odcieniu, ale nie był. Tym samym został skazany na żakard. Miała być z tego długa kamizelka, ze skośnymi paskami, ale mi nie wychodziło.

Po kilku wieczorach prób, zdecydowałam się na kombinację tych dwóch żakardów:

I robię.

Jak zwykle do pierwszego prucia.