Ciągle jeszcze czuje w sobie oddech jaki złapałam na zwolnieniu. Postanowiłam go nie stracić i nie dać się ponownie wrobić w rolę pędzącego królika. Może mi się to uda.
A tymczasem …
Po raz pierwszy byłam na weselu w domu weselnym. Poprzedzająca wesele ceremonia tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że śluby kościelne straciły swoją magię. I nie chodzi tylko o mechanicznie klepane przez księdza formułki. W tym nie ma ducha. Nawet jak ktoś postanowi „podnieść nastrój” i zamówi muzykę, to niezależnie od wykonania, nie ma szans by „wybrzmiała” w tak koszmarnie udekorowanych wnętrzach. Dawno temu standard trzymali dominikanie, postanowiłam przy okazji odwiedzić kościół św. Jacka i zobaczyć czy oni też spuścili z tonu.
Z kościoła pojechaliśmy pod Warszawę do wioski domów weselnych. Równolegle z naszym odbywały się tam jeszcze cztery inne wesela, każde w innym, stylizowanym na dworek domu.

Na wstępie, gdy okazało się że wesele będzie prowadził wodzirej, lekko się zjeżyłam. A tymczasem to wcale nie jest taki głupi pomysł. Robił to co do niego należało, czuwał by zabawa miała swoje tempo, bez wulgarnych tekstów czy erotycznych podtekstów. Ale i tak najfajniejsza była młodzież, która szalała parkiecie do białego rana.
Byłam na zorganizowanych przez Ewę warsztatach i trochę już wiem o co chodzi w filcowaniu.

Dowiedziałam się, że na początek trzeba ułożyć rozczapierzyć czesankę i ułożyć ją w poprzek i wzdłuż. Następnie przykryć czymś w 100% sztucznym, np. firanką i polać wodą z mydłem. Potem pocierać aż czesanka stanie się jednolitym, łatwo oddzielającym się od firanki plackiem. Z tego tworzy się rulon, który wałkuje się tak po prostu i przez słomianą matę, aż stanie się twardy.
Taki wałek można po wyschnięciu pokroić na plastry i zrobić z nich naszyjnik. Mój ulubiony naszyjniki z filcu jest zrobiony inaczej – z pociętych na paski, a potem sklejonych, arkuszy filcu. Chyba taki regularny bardziej mi się podoba.

A i tak Gumiś powiedział, że biżuteria z filcu jest passe.
Powróciliśmy w tym tygodniu do brydża,

Tym razem graliśmy u Gumisia. Długo mogłabym wyliczać co zjadłam (wcześniej tego dnia miałam spotkanie w pracy, na które jeden z uczestników przyniósł torbę pysznych ciastek …).
Jak przyszła do mnie Gabi, to wprawdzie w domu nie miałam, ale wsiadłyśmy na rower i pojechałyśmy do ciastkarni.

Tam siadłyśmy w ogródku, Gabi zapaliła papierosa i zaczęłyśmy rozmowę na temat zmiany systemu wychowywania. Poza kawą były i desery ….
Chwilę później siedzący obok mężczyzna w wieku naszych synów zwrócił nam uwagę, że przeszkadza mu papieros Gabi i Gabi natychmiast zgasiła. Zwolnił się inny stolik, przesiadłyśmy się i wróciłyśmy do tego co się przed chwilą stało. Dla mnie, taka natychmiastowa, bezrefleksyjna reakcja Gabi była spowodowana wyrobionym w palaczach poczuciem winy. Gabi spojrzała na to z innej strony. Kiedy my byłyśmy w wieku tego faceta, do głowy by nam nie przyszło zwrócenie uwagi dwóm kobietom w wieku naszych matek. W dodatku bezpodstawnej, bo siedziałyśmy w strefie dla palących.
Niedzielę z kolei spędziłam u Joanny.
Kotlety z boczniaka, sałatki, udekorowane bitą śmietaną przepyszne ciasto z marchewki i jakby tego było mało, oryginalna chałwa.

Nawet jak poszłyśmy z psami na spacer, niewiele to dało.
Wychodząc od Joanny stanęłam na wagę …dawno tyle nie ważyłam.