Dobiega końca moje zwolnienie, jeszcze tylko dwa dni. Planów miałam, że ho, ho, a wyszło tak jak zawsze. Tym razem wszystko przez Brexit – o ile przez pierwszy tydzień nie podchodziłam do kompa, od czwartku w zasadzie jestem do niego przyspawana.
I niezależnie ile o tym czytam, nie widzę nawet światełka w tunelu. Moim zdaniem dopóki są dwa obozy – jeden przeciw przyjmowaniu imigrantów, drugi za, we wszystkich wyborach będą wygrywali ci pierwsi. A tymczasem, tak jak zawsze, tak i w tym przypadku świat nie jest biało-czarny i o ile rozumiem, że „przeciwnicy” trwają przy swoim stanowisku, to że ci drudzy nie szukają innych „narracji” wpienia, bo zamiast kabotyńsko upajać się, że nic to, że legną na dnie, ważne że z honorem i racją w zębach mogliby pomyśleć trochę i o innych.
Bo tu jeszcze chwila i nawet nie będzie co zbierać po moim świecie.
Tak na marginesie, ciekawe co będzie z remontem kolei? Mają na rok zamknąć tory kolejowe. Oczami wyobraźni widzę jak po demontażu torów okazuje się, że nie będzie kolejnej transzy z Unii. Co wtedy?
Tymczasem nasz burmistrz remontuje drogi, ale to jednak nie ta skala.

Na razie przez te dwa tygodnie przekonałam się, że mogę żyć bez telewizji. Ani razu nie odczułam najmniejszej chęci włączenia telewizora i zamiast wołać pana od anteny zamierzam jeszcze w czasie trwania umowy zwrócić dekoder. Nawet i tu czuję swoją alienację: meczy nie oglądam, do zwycięstw mam stosunek całkowicie obojętny i jak już się czymś emocjonuję, to takimi tekstami.
Straciłam zaufanie do podologii. Co tydzień chodziłam na wycinanie uporczywie odrastającego odcisku i coraz bardziej miałam tego serdecznie tego dosyć, nie dość, że nieprzyjemne i bolesne, to jeszcze i nieskuteczne. Tymczasem można kupić plastry w Rossamnie i powoli ten odcisk sam się „wygasza”. Polecam.

Łada przyszła do mnie z wizytą przynosząc całe naręcze ziół.

Przechodzimy koło tych roślin obojętnie, a są niesamowite. Pachną i często mają smak dużo bardziej atrakcyjny, niż te stojące na sklepowych półkach. Inna sprawa, że nie zapisałam, które nadają się herbatkę, a które do potraw, dodawałam „jak leci” i czasami trafiałam jak kulą w płot.
Jackowi pokazał mi jak używać kupiony dwa lata temu robot (do tej pory używałam tylko blendera).

Z kolei jak przyjechał Moniek tak się zagadałam, że zapomniałam o wystawionej za okno pościeli. Przypomniałam sobie dopiero jak zobaczyłam wodę wlewajacą się przez komin do domu. Ale takie nawałnice mają też i dobre strony – mam teraz fajnie umyty dom.

Ewa od wikliny organizuje w najbliższą sobotę warsztaty z filcowania na mokro. Pooglądałam w sieci co można zrobić z filcu, już nie tylko kapelutek mnie nęci, pomijając biżu, jest jeszcze technika nunofilcu. Tą ostatnią to nawet nie wiem czy Ewa już opanowała, ale jak nie, to pewnie za chwilę się tak stanie.