Pracowałam ostatnio piątek, świątek i niedzielę, dzięki czemu nie musiałam brać urlopu, by mieć chwilę wolnego. I jak to często w takich sytuacjach bywa, mając wolne, dawno nie byłam tak zajęta. Obiad dla 10 osób już jakiś czas temu przestał być dla mnie wyzwaniem. Teraz przez dwa dni gościłam i karmiłam chwilami i większa grupę i też dałam radę!
Pierwszego dnia zaserwowałam Wołowinę Joanny.
I dzień: 1. boczek wędzony pokroić w plastry i ułożyć na dnie garnka, postawić na wolnym ogniu niech lekko się stopi, przewrócić plastry na drugą stronę i też lekko stopić 2. wołowinę (najlepiej się nadaje na to „pierwsza krzyżowa”) obsmażyć w plastrach, posolić, przełożyć na boczek posoloną stroną, następnie posolić stronę wierzchnią, lekko posmarować musztardą sarepską, powtórzyć z kolejnymi warstwami mięsa (i boczku, jeśli został po przykryciu całego dna garnka 3. całość zalać wrzątkiem tak, aby woda przykryła mięso, po jakimś czasie spróbować sos i dodać 1-2 kostki rosołowe (mają sól, uważać, aby sosu nie przesolić, w razie czego dolać odrobinę wody. 4. mięso na noc powinno być przykryte sosem II dzień: 5. pokroić w piórka cebulę, położyć na wierzch sosu i dusić na małym ogniu ok. 20-30 min, pilnować, aby całe mięso było przykryte sosem.Wychodzi pyszne i kruche. Polecam.
To nie wszystko, m.in. upiekłam też jagodzianki:

Coś mnie ominęło – w tym tygodniu Szarotki były wyjątkowo w naszym mateczniku, czyli na ulicy Szarotki.
Ale za to chwilę przedtem byłam – trochę przez przypadek – na czymś niesamowitym: dwa wieczory pod rząd spędziłam w Teatrze Narodowym, gdzie posłuchałam pięciu (od VI do X) ksiąg Pana Tadeusza. To po prostu trzeba było zobaczyć! Kto nie był niech żałuje, tym bardziej, że czasy teraz takie, że mała szansa by zachowano to na jakiejś taśmie.

Na scenie Seniuk, Budzisz-Krzyżanowska, Gajos, Englert, Radziwiłowicz itd. Czytają tak, jak drzewiej bywało: do uszu widowni wpada każda, wypowiedziana na scenie głoska. Pierwszy wieczór, dzięki temu że byłam z Kasią. Eire i jej koleżanką na przerwie mogłam posłuchać wrażeń Bralczyka. Jego ucho wyłapało dwa „potknięcia”: zamiast „do Królewca”, padło „do Królestwa” i przekręcono sylabę w jednym nazwisku. Maestria Bralczyka zrobiła na nas wrażenie, a koleżanka Kaśki postanowiła bardzo uważnie posłuchać drugiego aktu. Zauważyła, że powiedziano „asan” i po spektaklu pobiegła do Bralczyka upewnić się, że powinno być „acan”. Ale skucha, w drugiej części nie popełniono błędu (zarówno „acan” jak i „asan” to formy poprawne).
Scenografia niby żadna, ale świetnie dobrane rekwizyty tworzą odpowiedni nastrój.
W tle kwartet (na co dzień aktorzy teatru), który nie tylko gra podkład, ale efektami dźwiękowymi w bardzo pomysłowy sposób „podkręca” dramaturgię tekstu.
Po spektaklu wielominutowa owacja. Razem z innymi stałam i klaskałam – dziękując za to, co mogłam zobaczyć.
A tak na marginesie: przypomniały mi się moje młode lata. Na scenie klasyka. A widownia reaguje w „odpowiednich momentach” (aktorzy odpowiednio intonując, jeszcze bardziej podkreślają „aktualność” tekstu. Nawet nie wiedziałam, że Pan Tadeusz ma takie „wywrotowe” zdania.