404

Listopad – niebezpieczna dla Polaków pora. W poniedziałek moja córka weszła na krzesło i spadła, łamiąc palce u nóg. W czwartek moja mama weszła na krzesło i spadła, łamiąc bark. Więc jak w piątek przypomniałam sobie, że na zimę gacę drzwi kotarą, poprosiłam Joannę by byla obok. 


Zbliża się koniec roku, pojawiają się pierwsze podsumowania –  NYT opublikował listę 100 najciekawszych ksiażek tego roku. Tymczasem ja, na swoim podwórku widzę, że tak marnego roku dawno nie miałam. Wprawdzie oczekiwanie na koniec świata, siłą rzeczy jest mało produktywne – kobiety w Melancholii Triera też większość czasu spędzały patrząc w stronę zbliżającej się planety – ale ten brak małych sukcesików, do których byłam tak przywiązana, dobija.  

Co z tego, ze staram się trzymać rytm, gdy rzeczywistość przygniata, dosłownie z każdego kąta, z każdej rozmowy, straszy polityka. Na Andrzejkach też wróżby poszły w kąt i królował temat „co to będzie, co to będzie”. Tylko żarcia było tyle co zawsze – tradycyjnie zrobiłam moją popisową sałatkę z buraków (mix gotowanych i marynowanych, jabłka, słodka  cebula, a do tego orzechy, migdały,pestki granata i balsamiczna glazura).

 

Przygotowałam tyle, że żadna z kilkunastu zaproszonych ciotek nie wyszłaby głodna, ale one tyle tego przyniosły, że teraz mam wypakowany zamrażalnik i do świat będę weekendowo ucztować.

Kurs fotografii na nic sie na razie nie przydał. Zdjęcia bez lapy błyskowej (prymat światła zastanego) są jeszcze gorsze niż zwykle. Ale jako pamiątka miłego wieczoru, wystarczą.



Pomyślałam o zrobieniu ładniejszej czapki, przejrzałam domowy magazyn, w którym zalegają kilogramy wełny, i jak łatwo można się domyślić, niczego odpowiedniego nie znalazłam. Kupuję wełnę na konkretny projekt, jak coś pójdzie nie tak, tracę do tego serce i nie umiem tego wykorzystać w inny sposób i zapasy rosną.

Między innymi:  

Z tej miał być sweter, ale po zrobieniu tyłu stało się jasne, że nie ma sensu robić dalej, bo w takiej szmatce (wełna jest wyjątkowo kiepska), chodzić nie bedę:


Z tej miała być kamizelka, ale kłębki z jednego opakowania miały dwa różne odcienie. Potem miałam jeszcze pomysł na żakard – widok miasta, ale wzoru nie mam, czasu by wymyśleć, też.

:

Z tego miał być piękny szal, ale z tego brązu nic pięknego wyjść nie może (czasem tak bywa, jak się kupuje wełnę w necie).

To jedyna wełna, która by się nadawała na czapki, ale jak „napocznę” ten zbiór, to zabraknie na planowane coś techniką modular knitting:

Zamówię więc wełnę i wrócę do chusty. Trochę mi podcięło skrzydła, jak zobaczyłam jak mało zrobiłam:

Przez chwilę myślałam, że to co zostanie wykorzystam do zrobienia czapki, ale chociaż plan jest taki, by brązowa chusta była mniejsza niż ta niebieska, to wełny raczej nie zostanie, jestem dokładnie w „połowie”. 

Byłam na Steve Jobsie

 

Bardzo fajny film.

Reżyser miał taki pomysł, by opowiedzieć o Jobsie, pokazując trzy przełomowe momenty w jego życiu: prezentację Macintosha, Nexta i Ipada. Za każdym razem obowiązuje konwencja wielkiego show, a my obserwujemy co dzieje się za kulisami, gdzie Jobs w swojej garderobie przeprowadza rozmowy z ważnymi w jego życiu osobami.

Dobrze napisane dialogi, całkiem sprawnie zapleciona historia. Z tym, że jeżeli chodzi o samego Jobsa, to po obejrzeniu tego filmu mam więcej pytań, niż odpowiedzi. Z filmu wynika, że współpracownicy, których gnębił i mobbował, byli mądrzejsi od niego.  Sam mówił o sobie jako o genialnym dyrygencie, ale na filmie też nie widać, na czym to miałoby polegać. Bo dobry dyrygent, to coś więcej niż upór i konsekwencja. 

W tym tygodniu miałam w planie jeszcze jeden film: W objęciach węża, ale nie było biletów (dziwne, środek tygodnia, godz. 18, Kinoteka).