Czas pokaże, ile w przygniatającej moją duszę mrocznej wizji przyszłości, realnej oceny sytuacji, a ile starczego czarnowidztwa. Starając się trzymać tej ostatniej wersji postanowiłam walczyć z chandrą i kolekcjonuję pomysły na jesień.
Na razie wdrożyłam jeden – codziennie puszczam sobie 10-15 minutowy filmik otagowany jako „senior fitness workout” – ruchy łagodne i niemęczące, a mam zakwasy w nogach, jakbym biegała maratony.
Jest też szansa na stworzenie dyskusyjnego klubu książki: mój pomysł podchwyciła Gabrysia, a we dwie nie tylko raźniej, ale i łatwiej.
Następne punkty nie są już tak łatwe do realizacji. Jak kania dżdżu łaknę drucianego sukcesu – wiosenne kupienie włóczek było taka próba ucieczki do przodu i wiele wskazuje na to, że „znowu w drutach mi nie wyszło”. Pomijając to, że za cholerę nie rozumiem skąd ta popularność Noro – wełna w takiej cenie nie powinna mieć w motku tylu supłów i jeszcze przed pierwszym praniem wyglądać jak lekko znoszono ściereczka, a w praniu puszczać farbę tak jak po domowym farbowaniu – nie był to chyba dobry pomysł na tę wełnę.
Miało się to nazywać Nori, ale przybrało roboczą nazwę Namiocik.

Sterczy tak okrutnie, że zamiast męczyć się z wykańczaniem, postanowiłam przedtem to wyprać. Jak opadnie w dół, będzie do noszenia, jak dalej będzie tak sterczeć – do sprucia.
Nie będzie to pierwsza rzecz, która mi nie wyszła. Ale kolejna porażka położyłaby się cieniem na moim kolejnym postanowieniu – odpowiadając na uwagę Joanny, że cały czas macham drutami, ale nigdy w tym co zrobię nie chodzę, zamierzam raz w tygodniu ubierać się w coś przeze mnie zrobionego i te „stylizacje” dokumentować.
Szukam tez energii (i pomysłu) na dom. Po dwóch tygodniach nieobecności ogród przypomina pustynię – czekam na deszcz, który pokaże co odbije, a co trzeba będzie wywalić. Dzięki sąsiadom, którzy podlewali wystawione na taras domowe kwiaty, przynajmniej te przeżyły. Nie wiem co zrobić z juką. Przeżyła w domu dzięki samopodlewaczom, ale jest już tak goła, że zamiast dodawać urody, straszy. Poczytałam na forum o okładach i się przeraziłam – czuję się na siłach co najwyżej obciąć i wsadzić do wody. Nic poza tym. Nie wiem też, czy nie poczekać z tym do wiosny.

A w ramach wakacyjnych wspomnień polecam odwiedzenie Muzeum Kolejnictwa w Kościerzynie.
To co było kiedyś na Dworcu Głównym, to namiastka tego co można tam zobaczyć. Tyle, że o ile dla mojego wnuka była to bajkowa kraina, ja wiele z tych maszyn widziałam jeszcze na torach.

Inna sprawa, że niektóre informacje i dla mnie były lekkim szokiem (zmieszanym z podziwem dla trwałości kiedyś budowanych urządzeń).

Z wakacji wróciłam Intercity: Pendolino nie dorasta mu do pięt. Poziom usług ten sam, a za to dużo więcej miejsca, nie czuje się stłoczonym jak sardynka w puszce. Jedzie się tylko 30 minut dłużej, a na trasie Wwa -Gdańsk oszczędza na bilecie 50 zł.
A od jutra już do pracy i następne wolne pewnie dopiero w grudniu. Wstępne plany są takie, że i w tym roku robię wigilię dla całej rodziny.

babcia trendsetterka
Mega sposób na plamy po jagodach.
Wnuk wysmarował spodnie jagodami. Google podpowiedział sok z cytryny, natarłam, ale plamy nie straciły nawet na kolorze. I wtedy dowiedziałam się, że należy na rozpostartą poplamioną rzecz, powoli lać wrzątek. Zagotowałam w czajniku i lałam. Plamy powoli znikały, jeszcze była w czajniku woda, jak nie było po nich śladu. Nie wiem tylko jednego, czy wcześniejsze wysmarowanie cytryną coś tu pomogło, czy było bez znaczenia.