Moje pierwsze doświadczenia z modular knitting nie są zachęcające. Nauczyłam się wprawdzie całkiem zgrabnie i estetycznie to łączyć (już wiem dlaczego robi się to żakardem: przy takiej samej ilości oczek i rzędów łatwiej o kwadrat, dżersejem wychodzi prostokąt), ale to co zrobiłam średnio mi się podoba,
W dodatku, tak „dla koloru”, kupiłam wtedy jasno zieloną mieszankę bawełny z wełną, prawie tyle samo metrów w kłębku, ale zupełnie inaczej wygląda w robocie.

Wiem jedno, nie lubię wełen Rowana! Jak dla mnie są mocno przereklamowane.
Mam z nimi na pieńku odkąd kupiłam paczkę Rowan Tweed, a w środku były bardzo zbliżóne, ale jednak różne odcienie. Tym razem Rowan wool jest tak skręcona, jak bawełna Dropsa (czyli źle).
Na razie wracam więc do szala:

Nigdy nie startowałam w konkursach na dobrą gospodynię, ale patrząc jak archaiczne są pomysły mojej mamy na zarządzanie domem, myślałam że na tym polu jestem w miarę ‚nowoczesna”. Tymczasem, przez to że nie oglądam telewizji i w zasadzie jestem odcięta od reklam, widzę że też „odpadam”.
W ten weekend dowiedziałam się, że szafki kuchenne wykleja się naklejkami na mole spożywcze, zmywarkę czyści się wkładając do niej od czasu do czasu specjalny preparat i puszając na max. temperaturze.

przyniesione ze sklepu buty na dzień dobry się impregnuje, a zamszowe czyści szczoteczką, mającymi też trochę o „metalowego” włosia, konserwujac kolor za pomocą specjalnego preparatu.

(na zdjęciu to co kupiłam na przecenie w londyńskim w Clarksie).
Dowiedziałam się tego wszystkiego, bo zaprosiłam ciotki (i towarzyszących im ciotków) na pierogi z jagodami. Pierogi zostały docenione, ale ciotki potem wygotowały całe mnostwo innych pyszności, tak że teraz ledwo się ruszam.

Lato w pelni, najchętniej nie ruszałabym się z domu, tymczasem wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będę w nim rzadkim gościem. Od poniedziałku zaczynam kolejną, tym razem trzytygodniową, turę krio. Ańćka zaczęła tydzień wcześniej, zgadała się z jakimiś emerytami, którzy ją przekonali, że minus 1200 to ledwo „smyra po lędźwiach” i jak komuś zależy na zdrowiu, to chodzi na minus 1500. Już samo pogodzenie kriokomory z pracą jest karkołomne, a jeżeli jeszcze mam ma chodzić na minus 1500, to muszę być o siódmej rano w pracy (a to z kolei trudno pogodzić z mieszkaniem w Brwi).
A tymczasem moi ukochani kolejarze wdrożyli tak zwany ‚rozkład dynamiczny” – ma się teraz zmieniać co kilka dni. Remont też poszedł w odstawkę, teraz grodzą to, co jeszcze nie zostało zagrodzone (takimi drobiazgami, czy obok torów są domy, się nie przejmują, płacone mają od metra ogrodzenia).

Niestety trzeba poczekać na jakąś katastrofę kolejową, wtedy okaże sie, że takie tunele utrudniają prowadzenie akcji ratowniczej i podniesie się krzyk. Ale mam jakiś problem z koleją. Nawet jak nimi mało jeżdżę, to i tak o nich myślę. Nie wiem czy to co napisał Jaś Kapela w feletonie jest prawdą. Ale pasuje mi do nich.
Wi-Fi nie ma w Pendolino, bo w 2008, gdy ogłaszano przetarg, nikt w PKP takich wymyślnych technologii nie potrzebował. Zapewne wtedy standardem przesyłania danych w tej firmie ciągle były dyskietki. Co prawda, gdy Pendolino wjeżdżało na polskie tory, Wi-Fi było już w pociągach Intercity, ale z zainstalowaniem go w pociągach klasy Intercity Premium pojawił się problem. Firma Alstom za zainstalowanie ich w zamówionych pociągach zażyczyła sobie ceny równie premium. A firma Intercity nie chciała takiej ceny zapłacić. I do dzisiaj nie chce. Chciała, żeby internet zainstalował tańszy polski kontrahent. Ale Alstom zagroził, że jeśli tak zrobimy, stracimy dwudziestoletnią gwarancję na pociągi. Czy jest nadzieja, że z tej patowej sytuacji uda się wyjść wcześniej niż za dwadzieścia lat, nie wiadomo.