430

Z dawnych lat pamiętam taki rysunek Andrzeja Mleczki (nie mogę go znaleźć w Googlu): w obskurnej kuchni siedzi dziad z babą, za oknem widać grzyb atomowy, a dziad do baby mówi: popatrz, a ja właśnie wygrałem szóstkę w totolotka.

No a ja właśnie trafiłam na mega przecenę w pasmanterii J.Lewis (inna sprawa, że byłam przekonana, że funt jest po 5, nie po 6 złotych). I teraz mam zamiar powrócić do drutów i odnosić na tym polu sukcesy.

Z tego będzie obszerna kamizelka (uwielbiam kamizelki, ale te co mam  są „za obcisłe”). 

 

Z tego coś z modular knitting, szukam czegoś co nie będzie wymagało cięcia, czy przeciągania pod spodem):

A z tego chusta:

Oczywiście kolejna chusta, bo do tych co mam w szafie niedługo dojdzie kolejna:


 

Dawno temu kupiłam tę wełnę w Zagrodzie Marty, woziłam ją zawsze na wakacje, tak na wszelki wypadek, gdybym skończyła robótkę którą zabierałam na drogę. Za każdym razem kłębek wracał nie naruszony. Teraz wzięłam z myślą o jednym z punktów tegorocznego wyzwania dziewiarskiego (zrobić z coś z wełny, która od dawna leżakuje) i po tygodniu mam 1/3 body. Nie wiem jakim cudem Dagny taką chustę robiła w dwa, góra trzy dni. Wzór to Haratiel Eluchil, już jedną chustę tym wzorem kiedyś zrobiłam:


Akcja Me-Made-May, o której tutaj pisała Brahdelt za nami. Ale myślę by samej sobie akcję zapodać – raz w tygodniu chodzić w czymś, co sama zrobiłam. Tyle że poczekam z tym do jesieni (nie mam w szafie letnich topów: wszystkie które zrobiłam, oddałam).


A wnuk będzie mnie chyba kojarzył z pierogami. Zrobiłam mu też i naleśniki, ale przeszły bez echa. Za to pierogi robiłam jeszcze kilka razy. I za każdym razem, zamiast wylądować  zamrażarce, tego samego dnia były zjadane. 

Im bardziej patrzę na warunki wychowania dziecka w Londynie i Polsce (w pracy w pokoju obok jest mama dziecka w wieku mojego wnuka), tym bardziej sobie myślę że tu i tam jest po prostu inaczej. I nawet gdyby w Polsce przeznaczono na ten cel większe pieniadze, prawie na pewno zostały by sfinansowane inne, nie przybliżające nas do angielskich warunków, zadania.

Żłobek do którego chodził mój wnuk jest fantastyczny. Dzieci go uwielbiają, rodzice są zadowoleni. Kiedyś odebrałam mojego wnuka z jedną z moich ciotek, z zawodu dyrektor szkoły. Była zachwycona tym jak to jest zorganizowane, ale przytomnie zauważyla, że w P|olsce taki żłobek tygodnia by nie przetrwał – natychmiast jakaś matka zamknęła by go przy pomocy san-epidu. Bo wszędzie walają się zabawki, dzieci jedzą przy stoliczkach przy których się bawią, a jak są jak sa zmęczone kładą się na położonych w kącie materacach. 

Byłam też w szkole, do której od września (czyli mając cztery lata i dwa miesiące) pójdzie mój wnuk. Z jednej strony szkoła przyjazna dziecku, zero lęku, że się takie małe do niej posyła (a już  takie brzdące mają tygodniowy plan lekcji, a w nim czytanie, pisanie, matematyka). Z drugiej, czytelne reguły gry, rodzice wiedzą czego będa ich dzieci uczone, na dzień dobry podpisywana jest z nimi umowa w której na kilka rzeczy sie godzą, do kilku zobowiazują. 

Na pewno inaczej – w Anglii zdecydowanie lepiej – działa słuzba zdrowia. Ale też z drugiej strony widzę jak dużą część kosztów polskiej służby zdrowia przeznaczana jest na leczenie ludzi zdrowych (oczywiście do czasu, bo część z nich dzięki zastosowanym terapiom, po pewnym czasie staje się przewlekle chorymi).