Genialni. Lwowska Szkoła Matematyczna Mariusz Urbanek

Na dzień dobry w kilku zdaniach poznajemy głównych bohaterów tej opowieści:
STEFAN BANACH był nieślubnym dzieckiem niepiśmiennej służącej i rekruta c.k. armii, wychowankiem praczki. Został profesorem, choć zaliczył tylko dwa lata studiów. Nie przejmował się konwenansami, pasjonował plebejską piłką nożną, wydawał więcej, niż zarabiał. Za kołnierz nie wylewał, od uniwersyteckiej katedry wolał dworcowy bar, a niektórzy uważali go wręcz za alkoholika.
HUGO STEINHAUS, jedyny syn zamożnego dyrektora towarzystwa Kredytowego, kształcony w Getyndze, w PRL w rubryce pochodzenie pisał „arystokracja plus burżuazja”. Nie pił i nie lubił, kiedy inni pili. Z krawatem się nie rozstawał, w rachunkach był więcej niż skrupulatny. Językowy purysta, uważał, że słowo „problem” nie istnieje, są wyłącznie „problematy”. A doktorantowi, który, przedstawiając się, podał nazwisko przed imieniem, gotów był złamać karierę.
STANISŁAW ULAM miał zostać adwokatem jak ojciec albo architektem jak dziadek. Ale wolał patrzeć w gwiazdy i czytać fantastyczno-naukowe powieści Juliusza Verne’a. Był chodzącym w chmurach marzycielem, któremu przyszło budować w Los Alamos bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. A potem rozpoczął prace nad skonstruowaniem jeszcze straszniejszej bomby wodorowej, którą chciał zapewnić światu pokój.
STANISŁAW MAZUR, potomek statecznego właściciela cukierni, był komunistą, który wierzył, że komunizm to najlepszy na świecie ustrój, ale nie chciał korzystać z przywilejów, jakie mu oferował. Słynął z poczucia humoru, błyskawicznego refleksu i niechęci do publikowania nawet najbardziej odkrywczych prac. Poza tym szybko się nudził i nie radził sobie nawet z prostymi rachunkami podczas zakupów w kiosku Ruchu.ale na koniec wylądowałam na kilkudniowym zwolnieniu.
Taka charakterystyka zaciekawia – i potem z przyjemnością dalej czytałam
Tyle, że jest to bardziej szkic niż opowieść o lwoskiej szkole matematycznej. Ciekawie napisane, ale na to co było do opisania, przeznaczone zostało zbyt mało powierzchni. Stąd skróty, niedopowiedzenia i ogólne wrażenie niedosytu. Brakowało mi w tej opowieści kobiet (partnerek naszych bohaterów) i matematyki.
Pani Tomaszowa Mann Inge Jens

Jak na biografię, książka jest zbyt dyskretna. O tym jak znosiła biseksualizm męża jedno zdanie. Niewiele więcej o kłopotach z z dorosłymi dziećmi tylko tyle, że były, ale na czym polegały, nie jest już wyjaśnione. Podane są często fakty, które aż się proszą o próbę wyjaśnienia – np. nie pojechała na pogrzeb dziecka, tylko dalej towarzyszyła mężowi w objazdowych odczytach. Trzy lata przed nią umarło kolejne jej dziecko – nikt jej o tym nie powiedział, ale tona nie pytała, skoro dało się to przed nią ukryć.
Słowem już wiem, że postać ciekawa, ale poszukam pełniejszej biografii.
Rozczulił mnie fragment o tym jak jest zdaniem, była szykanowana przez szwajcarską policję, która miała dosyć osiemdziesięcioletniej staruszki w roli pirata drogowego
Spór ze szwajcarską policją, która w końcu przestała przyglądać się w milczeniu nieustannym wykroczeniom osiemdziesięcioletniej pani przeciwko wykroczeniom drogowym. Lecz mimo to odebranie jej prawa jazdy urosło do rangi akcji państwowej, której przebieg doprowadzał do szału panią Tomaszową Mann: „miejscowy policjant kantonalny, niejaki Shmittlin (…) żąda wydania absolutnego wydania zakazu prowadzenia samochodu przeze mnie samochodu i sporządził tak ewidentnie kłamliwy raport na temat mojej (złej?) jazdy, przeciwko mnie, że muszę teraz się poddać całemu szeregowi się badań, od wyniku których zależy pozostawienie mi prawa jazdy. A wszystko to z powodu niewinnej kolizji! To naprawdę obrzydliwe.
W pogoni za sztuką Edward Dolnick

Opowieść o tym, jak dzielny policjant Scotland Yardu odzyskał skradziony z muzeum obraz Mucha Krzyk. Sztuką jest tak nudnie opowiedzieć tak ciekawą historię. Podziwiam siebie, że dobrnęłam do końca.