504

Szum Magdalena Tulli

Powojenna Polska. Ci co przeżyli, pochowali swoje traumy przed światem i usiłując normalnie żyć pozakładali rodziny. Szum to zapis dzieciństwa dziewczynki wychowywanej w takiej „normalnej” i „porządnej” rodzinie: bez wsparcia emocjonalnego, z chłodną, wymagającą matką i zamkniętym w swoim pokoju ojcu. Dziewczynce nie pomaga też etykietka  „dziwaczki”, która  komplikuje jej relacje z rodziną i rówieśnikami. 

Świetny obraz opresyjnej szkoły, wyżywającej się na takim dziecku:  

Nauczycielce też się na pewno zdarzały sytuacje, kiedy jej gniew był bezsilny. Mogła go tylko zamknąć w sobie i przechować, żeby przy pierwszej sposobności komuś oddać. Na przykład komuś takiemu jak ja. Prawo do wyrażania gniewu nie każdemu jest dane i nie w każdych okolicznościach. To specjalny przywilej, wspomagany siłą grawitacji. Gniew może kierować się tylko z góry na dół, nigdy na odwrót. Istniała reguła, która głosiła, że kto wyrzuca z siebie gniew w kierunku wykluczonym przez naturę, temu zostanie on wtłoczony z powrotem do gardła. – Mogłabyś przynajmniej się nie wypierać – mówiła nauczycielka za każdym razem, kiedy łapała mnie na nowym kłamstwie. Wstań, kiedy do ciebie mówię. Prawo do zadawania pytań jest jak prawo do noszenia broni, ono też nie każdemu przysługuje. W pytaniach słychać było czasem ton przemocy, którego nie da się pomylić z niczym innym. Wstałam i stałam.

Odcięcie się dorosłych od wojennych przeżyć, nie mówienie o nich przy dziecku, uniemożliwia mu zrozumienie zachowań najbliższych. Gdy po latach zacznie rozumieć, będzie już kimś innym. Pytanie czy wtedy, już jako ktoś inny, można przebaczyć krzywdy, jakich się doznało będąc dzieckiem.  

Dopóki książka opisuje oczami dziecka świat dorosłych jest ciekawie. Niestety pod koniec autorka sili się na moralitet. I nawet nie tyle chodzi mi o to jak się to kończy, ale jak jest napisane. Czar pryska

 

Balladyny i Romanse budziły swego czasu zachwyt moich ciotek, ale ja byłam wtedy po Ościach, więc postanowiłam sobie zrobić przerwę. 

Książka mnie zmęczyła.

Ignacy Karpowicz potrafi pisać, więc językowo jest to świetne, zabawa na całego: iskrzące dialogi, feeria porównań, skrótów myślowych. Słowem uczta. Książki Karpowicza powinny być lekturą obowiązkową dla osób piszących dialogi do polskich filmów – pokazują że można i po „naszemu”.  

Ale w co za dużo to niezdrowo. I powoli coraz bardziej był to dla mnie postmodernistyczny bełkocik, taki popisik dla popisiku.

A może nie byłam teraz w nastroju na taką książkę? 

 

Mam za sobą drugi ( może ostatni?)  tom wywiadu Kazimiery Szczuki z Marią Janion. 

Mój problem z Marią Janion jest taki, że czuję się przy niej ze swoją głupotą bardzo niekomfortowo i jedyny sposób w jaki potrafię zredukować to napięcie, to odłożenie jej książki z powrotem na półkę.

No ale o ile na książki Janion jestem za głupia, to wywiad z nią przeczytałam z dużą przyjemnością.

I tylko żal, że słowo pisane nie ma już tej siły co dawniej.