dobra książka
Baranowa jazzu – Hannah Rothchild

Bardzo ciekawa historia.
Opowieść o urodzonej w 1913 roku Pannonice z angielskiej gałęzi Rothschildów. Przed wojną zdążyła jeszcze dobrze wyjść za mąż (stąd tytuł „baronowa”) i urodzić dwójkę dzieci. Na wojnie wyszła ze społecznie przypisanej jej roli i została żołnierzem ruchu Wolna Francja. Po części pewnie i dlatego nie potrafiła się po wojnie odnaleźć w roli żony dyplomaty. Urodziła jeszcze trójkę dzieci i gdy pewnego dnia usłyszała w hotelowym pokoju, w Nowym Jorku, w radio Round Midnight Theloniousa Monka, podjęła radykalną decyzję – postanowiła porzucić rodzinę i związać się ze światem jazzu.
Opowiedziana przez jej cioteczną wnuczkę historia jej życia podkreśla jej nonkonformizm, przedstawiając wybór Niki w konwencji walki o własne marzenia. Tak na to patrząc, stała się dobrym duchem nowojorskiego światka jazzowego i menadżerem i mecenasem uwielbianego przez nią Theloniousa Monka.
Ja widziałam w tym historię niezrównoważonej kobiety, ekscentryczną gruppie kierującą swoim Bentleyem w perłach na szyi, dość żałośnie uzależnioną od może i genialnego, ale bardzo nieciekawego osobowościowo muzyka.
Na co dzień wyglądało to tak:
Pobyt Niki w hotelu Bolivar był krótki, ponieważ pozostali goście nie zaakceptowali trwających całe noce sesji jazzowych. Nica nie mogła pojąć ich braku zrozumienia. – Narzekali na hałas, nie rozumiejąc, że słuchają fantastycznej muzyki, której już nigdy w życiu mogli nie usłyszeć, a jednak mnie wyrzucono – mówiła na nagraniu, śmiejąc się na samo wspomnienie. Jej następnym domem stał się niewielki hotel znany z literackiego salonu – Round Table – zapoczątkowanego przez Dorothy Parker i jej przyjaciół. – Przeprowadziłam się do Algonquin, ponieważ mieli podobno szerokie horyzonty i lubili gościć geniuszy – wspominała Nica. – Jednak Thelonious okazał się dla nich zbyt wielkim geniuszem.
Autorka książki ma dla swojej bohaterki bardzo dużo wyrozumiałości, chwilami nawet trochę potrafiło mi to przeszkadzać. Ale sama historia jest tak ciekawa, że w ostatecznym rachunku nie jest to w ogóle istotne.
Samotność Portugalczyka Iza Klementowska

Nostalgiczna, niczym fado, ballada o Portugalii – około dwudziestu reportaży o jej mieszkańcach, których losy z jednej strony skłaniają do zadumy, z drugiej stanowią świetną ilustrację historii tego kraju. Tyle, że podobnie jak fado, ta przyjęta przez autorkę formuła w pewnym momencie nuży.
Może tylko zrobiłam błąd, że nie robiłam sobie przerw w czytaniu?
A może rzeczywiście dzisiejsza Portugalia ma coś z sennego Macondo. Bo chociaż duża część książki obraca się wokół traumatycznych przeżyć epoki dyktatury, jest coś w tych reportażach z klimatu baśni. Z tym, że nie jest tak, że jest to książka nie warta przeczytania.
Tak z ciekawostek: na co dzień dziwimy się Rosjanom, że dalej widzą w Stalinie bohatera. Nie oni jedni bardziej kochają wyimaginowaną wielkość, nie realne cierpienia – w ogłoszonym w 2007 roku plebiscycie portugalskiej telewizji na największego Portugalczyka wszech czasów zwyciężył Salazar.
Myślę też, że na zawsze zapamiętam to portugalskie przysłowie: Tatuaże na plecach widza tylko ci, którzy je wykonują.
Zagadki przeszłości Kate Atkinson

Bardzo stereotypowe czytadełko.
Na początek nawet zaciekawia. Amerykańskie miasteczko, niewyjaśnione zaginięcie dziecka i detektyw, który na prośbę rodziny podejmuje po latach kolejną próbę wyjaśnienia tamtego zdarzenia.
Do tej historii dołączają kolejne zagadki kryminalne i za chwilę wszystko wiruje, zaczyna się ze sobą łączyć i przeplatać. I im bardziej zagmatwane, tym bardziej nudne i przewidywalne.
Szkoda, bo na początku książka obiecywała fajny relaks.