Przeżyłam ślub Gumisia.
I pewnie przeżyłabym i wiele więcej, gdyby nie to, że w tym tygodniu na zmianę miałam raz 37, raz 39 stopni. Trochę mnie to rozwaliło, zwłaszcza że do tej pory byłam przekonana, że umiera się powyżej 37,8 stopni (większej temperatury w życiu dorosłym nie miałam).
W każdym razie, zamiast pomagać Gumisiowi w przygotowaniach do ślubu, jedyne co byłam w stanie zrobić, to rozwiązać Jolkę w Gazecie Wyborczej.

Ślub odbył się w bardzo ładnym pałacyku rady miejskiej w Otwocku. Pozornie przyjaznym – muzykę można było mieć własną:

Ale już nie wyznanie, krucyfiks w sali ślubów był dwa razy większy niż godło – jak się potem mogłam przekonać, coraz mniej osób zwraca jeszcze na to uwagę, wiele z odpytywanych potem osób nawet tego nie zauważyło. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia.
Ale generalnie było miło. wprawdzie do tej miłej uroczystości nie za bardzo pasowała urzędnicza nowomowa – najwyraźniej pani przygotowywała się do ogólnopolskich mistrzostw urzędniczej nowomowy w dyscyplinie okazjonalna mowa uroczysta, ale my za to mieliśmy – jak pokazują zdjęcia – głupkowate miny:
„Prawdziwe” zdjęcia ślubne dopiero będą, robił je mój synek – te które zamieszczam zrobione są przy okazji.

I chyba najbardziej poważne było wieczne pióro, którym podpisywaliśmy akt ślubu (ciekawe kiedy zastąpi je tablet).

Polecone tuby z motylkami (kupuje się to na Allegro) są naprawdę fajnym gadżetem:

Przyjęcie było w ogrodzie i pewnie by trwało dużo dłużej, ale spadł deszcz i wypłoszył część gości:

Ale było za dużo do zjedzenia i wypicia by wszyscy wyszli i tradycji stało się zadość: wprawdzie nikt się sztachetami nie pobił, ale krew się polała:

Więc impreza ma swoją historię