Dawno nie byłam w kinie. Patrzę na repertuar i nic mnie nie woła.

Casanovę po przejściach mogłam odpuścić, bo Woody Allen tu tylko gra, reżyserem jest John Turturro. Woody Allen – bankrutujący antykwariusz wpada na pomysł by utrzymać się na powierzchni jako sutener i proponuje znajomemu floryście, pracującego w kwiaciarni tylko dwa dni w tygodniu, by dla niego pracował. W filmie, obok tych dwóch, średnio śmiesznych panów, występuje jeszcze kilka samotnych kobiet. Bez allenowskich tekstów, więc się nie liczy.
Z ogrodem, na swój sposób sytuacja jest opanowana. Nawet myślę o zakupie wertykulatora.

Kupiłam winogrona, podsypałam nawozem do winogron i oczekuję sukcesu. Nowe krzaczki są tej samej wielkości, co krzaczek kupiony rok temu, w dodatku ten ostatni coś „gryzie”.

Już chciałabym zacząć żakardową kamizelkę:
o
Ale, tak jak sobie obiecałam, nie zacznę zanim nie skończę Pianina.

Chciałąbym się pochwalić skończonym swetrem na zapowiedzianych na przyszłą niedzielę Szarotkach. Przy okazji postanowiłam przestać się męczyć z obcym nam kulturowo magic loopem i wrócić do swojskich pięciu drutów. Po pierwsze, przekładanie żyłki jest czasochłonne. Po drugie, jaka by nie była żyłka, nawet markowa, przy mniejszych obwodach szybko się skręca.
W tym miesiącu jest ślub, wesele i mam na nim jakoś wyglądać, bo będę świadkiem, a nie mam sie w co ubrać. Spodobała mi się „stylizacja” Karoliny Piotrowskiej – poszłam do Wagabonda po buty, przymierzyłam (w 38 nawet i wkładki weszły), zrobiłam krok i na przodzie pojawiło się „pęknięcie”. Oczami wyobraźni zobaczyłam jak po jednym dniu wejdzie w to pękniecie brud i odłożyłam na półkę. Nie jestem panną młodą, by na jeden dzień wydawać na buty 380 złotych.

Inspiracji w zamieszczonym w ostatnich Wysokich obcasach artykule modzie 50+, nie mam co szukać. Poza jednym blogiem o modzie, wszystkie inne nie wyszły poza bawarski wdzięk Burdy.
To że większość ograniczeń mamy w głowie dowodzi to zdjęcie (to i następne znalazłam na fejsie):

A więc do dzieła!
