Jako ciociobabcie poszłyśmy odwiedzić małą Marcelinę. Śliczne są takie małe dzieci. Gumiś był przeszczęśliwy mogąc ją wziąć na ręce.

Następnego dnia byłam na pogrzebie i już na starcie się zeźliłam. Sezon w pełni, wszędzie pięknie i zielono, a na cmentarnym bazarku plastikowo. Gdzieniegdzie trochę doniczkowych, ciętych jak na lekarstwo, zero wyboru – o godzinie 12 wzięłam przedostatnią lilię.
Potem byłam w przycmentarnym kościele – i chociaż był to pogrzeb, miałam nieprzeparte wrażenie, że ołtarz był sceną, na której grane było jakieś upiorne przedstawienie. Prawdopodobnie, kościół nie przywiązuje wagi do godnej oprawy tych ceremonii, bo uważa, że gdyby zmarły był w jakikolwiek sposób zaangażowany w życie religijne swojej parafii, to tam byłby jego pogrzeb. Z kolei rodzina nie czuje się „w prawie” artykułować swoich żądań, bo gdzieś – wcale nie na dnie duszy – wie, że ten religijny ceremoniał nie do końca im „przysługuje”. W rezultacie, to czego świadkami są żałobnicy trudno nazwać podniosłą, pełna zadumy uroczystością.
A idąc w kondukcie, przechodziłam koło grobu Taty Kazika (czytam własnie jego wspomnienia o ojcu) więc korzystając z okazji zrobiłam fotkę.

Z tym, ze najważniejszym wydarzeniem były Targi Książki i wizyta Kasi.eire.
Same tragi nie robią już na mnie takiego wrażenia. Książki te same co w księgarniach, autografów nie zbieram. Ale spotkania są ciekawe. We Wrzeniu Swiata byłyśmy na spotkaniu z autorami książki o Ukrainie: Symetria asymetryczności. Dwóch młodych chłopaków – Polaki i Ukrainiec wybrało kilka podobnych miejsc w obu krajach i je opisało, starając się zwracać uwagę na te same kwestie (nazwali to metodą badawczą). Książka zapowiada się ciekawe i sama nie wiem dlaczego jej nie kupiłam.
A dla Kaśki dodatkową atrakcją była możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Mariuszem Szczygłem (z tyłu, z miną diabełka, Dorota).

Na samych Targach poszłyśmy na spotkanie z Markiem Dannerem, autorem książki o masakrze w El Mozote (tej książki też nie kupiłam).
Spotkanie ciekawe, jedna rzecz mi zapadła w pamięć, odpowiadając na jedno z pytań, autor książki zwrócił uwagę, że chociaż sprawcy starają się by nie przeżył żaden świadek masakry, prawie zawsze komuś udaje się ją przeżyć. W przypadku osady El Mozote, gdzie armia wymordowała ponad 1000 mieszkańców, udało się to jednej dorosłej osobie, Rufinie Amaya.
Książka była nominowana do nagrody im. R. Kapuścińskiego, ale jej nie otrzymała (zwyciężyła książka: W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa Elisabeth Asbrink).

Ponieważ nie było żadnego ciekawego spektaklu teatralnego, poszłyśmy do Teatru Żydowskiego na organizowane w ramach cyklu Bagaże kultury spotkanie na temat Leopolda Tyrmanda. W spotkaniu wzięła udział Barbara Hoff (jego druga żona), Wanda Warska, Tomasz Karolak i Paweł Brodowski (redaktor Jazz Forum).
Najwięcej (i na szczęście najciekawiej) mówiła Barbara Hoff. Wanda Warska śpiewała, ale …. ma już z swoje lata. Ja się na to spotkanie przygotowałam – przeczytałam o nim książkę Mariusza Urbanka, B. Hoff bardzo ją na tym spotkaniu skrytykowała, ale o tym to już będzie w recenzji, która może mi się uda tym tygodniu napisać.
Gospodarzem spotkania był Remigiusz Grzela, okazało się że od roku prowadzi takie spotkania, było to 10, ostatnie przed wakacjami, warto o tym pamiętać.

A równolegle do książki o Tacie Kazika, czytam wspomnienia Karola Modzelewskiego i zaznaczam sobie na Kindlu co smaczniejsze kąski, na przykład:
pan Borowik, miał dobrze płatne zajęcie dekarza, był jednak nałogowym pijakiem, miewał napady obsesyjnej zazdrości i ciotkę bijał. Wreszcie użył brzytwy: podciął ciotce żyły na szyi i usiłował poderżnąć sobie gardło. Na szczęście najstarsza córka Honorka wyrwała mu brzytwę gołymi rękami. Za próbę zabójstwa dostał pięć lat, a ciotka opowiadała mi z dumą: „I wiesz, Karolku, taka byłam wtedy stanowcza, że się z nim rozwiodłam.