W tym tygodniu graliśmy w brydża u Roberty, która wynajmuje mieszkanie w jednej z mokotowkich kamienic – dobudowane piąte piętro z dwupoziomowym mieszkaniem. Oryginalne bo z dachem do wyłącznej dyspozycji. Właściciel chce to sprzedać sporo sobie licząc za tę „oryginalność”. Ale ja to kiepsko widzę – nie ma windy.

Podejrzewam też, że po to by nie płacić podatku za ten dach, nie ma balustrad. Z tym, że rośliny można byłoby tu zapuścić pewnie bez opłat.
Zatęskniłam za kinem i postanowiłam jednak je upchnąć w moim codziennym patataj: jedno popołudnie joga, jedno angielski, teraz jeszcze dentysta. W tym tygodniu dodałam jeszcze jeden dzień na samej wodzie (środa) – dołączyłam z marszu do innych ciotek, nawet nie zapytałam po co to, ale obiecałam sobie, że w tym tygodniu spytam, co mam dostać w zamian. Bo na razie nic z tego powodu się nie zadziało, poza tym, że tego dnia poszłam spać przed dziesiątą wieczorem.
W kinach jest kilka filmów wartych obejrzenia. I nie chodzi mi o Pokłosie. Przeczytałam na fejsie recenzję mojego synka: Jedyne czego się bardziej boję niż polskich chłopów, to polskich filmów i postanowiłam poczekać. Pójdzie Gumiś, to wtedy „się zobaczy”.
W dodatku, choć niestety tylko przez moment, w kinach jest wyjątkowo ciekawie – trwa 8 Festiwal Filmów Świata Ale Kino.
W tym tygodniu zobaczyłam dwa filmy. Pierwszy w sobotnie popołudnie: Kino Muranów, czyli centrum Warszawy, na sali może połowa miejsc zajętych. Już dawno zrozumiałam, dlaczego nikomu nie opłaca się sprowadzać filmów. Ale dusza boli.
Wypełnić pustkę – izraelski kandydat do Oskara. Moim zdaniem zero szans. Zdziwiłabym się gdyby dostali nominację.
W chasydzkiej rodzinie składajacej się z mamy, taty, dwóch córek, w tym jednej z mężem, ta zamężna córka umiera przy porodzie. Dziecko przeżywa i jego babcia chciałaby by zostało z nimi, a nie było „zabrane” przez ojca. Gdyby to wszystko nie działo się w rodzinie chasydów, byłoby filmem takim sobie. A tak, to nawet gdy chwilami intryga lekko mnie mierziła, warstwa etnograficzna robiła swoje i patrzyłam z zadowoleniem jak na film z Nationale Geografic.
Lucky – film z RPA
Tak samo jak i z poprzednim filmem – główna zaleta to egzotyka.
Tytułowemu Lucky, mniej więcej ośmioletniemu chłopakowi, umiera na Aids matka, ojca nie zna. Przed śmiercią jako opiekuna matka wskazuje swojego brata. Ale wujek zawodzi na całej linii. I aby zrealizować swoje marzenie, czyli pójść do szkoły, Lucky musi znaleźć innego, dorosłego opiekuna. Łzawe. Ale z taką dawką etnografii, że mi to zupełnie nie przeszkadzało.
Przekartkowałam wspomnienia Belli Chagall, pierwszej żony Marca Chagalla (zmarła w 1944 roku).

Poetycka opowieść o żydowskim miasteczku, Witebsku z początku XX wieku. Wspomnienia z dzieciństwa, opowieść o rodzinie, najważniejszych wydarzeniach, obchodzeniu świąt. Jak dla mnie zbyt egzaltowane. Przez pierwsze 50 stron byłam zauroczona. Potem powoli zaczęło mnie to nużyć. Na koniec resztę przekartkowałam.
Warto jednak wziąć tę książkę do ręki z powodu ilustracji Marca Chagalla. Kilka zeskanowałam.

