Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Generalnie bardzo jestem wybredna jeżeli chodzi o poezję, współczesną tym bardziej, a punkowej nie znam i nie odczuwam potrzeby by się w nią zagłebiać. Ale biorąc pod uwagę kim jest Patti Smith, z góry można było założyć, że ksiażka jest napisana w egzaltowany, poetycki sposób. Tyle, że dla mnie jest to psychodeliczny bełkot. Nie najlepiej się ją też i czyta – może to sprawa tłumacza?
Opowieść rozpoczyna się gdy dwudziestoletnia Patti Smith postanawia zacząć żyć na własny rachunek i z kilkoma monetami w kieszeni, „za chlebem” przyjeżdża do Nowego Jorku. Początki są trudne, potem też bywa bardzo różnie i jeszcze nie raz będzie głodna i bezdomna. Tyle że nie będzie już sama: zaraz po przyjeździe do NY spotyka Roberta Mapplethorpe z którym do końca życia pozostanie w bardzo silnym związku – początkowo jest jej kochankiem, potem – gdy odkrył swoje homoseksualne „ja” – przyjacielem, ale w szczegółach nawet i to aż tak prosto nie wyglądało.
Na książkę można spojrzeć z kilku stron.
Jest to niewątpliwie bardzo ciekawy obraz NY przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (hotel Chelsea i tamte klimaty). Cała ta opowieść podważa trochę sens szkół artystycznych, ich (i nie tylko ich) kapitałem rozruchowym było przekonanie o własnym talencie i pragnienie poświęcenia się sztuce. Robert Mapplethorpe wziął do ręki aparat fotograficzny gdy miał dwadzieścia kilka lat, wcześniej bawił się fotografią robiąc kolaże ze zdjęć wycinanych ze starych gazet. Pierwsze zdjęcia robił polaroidem, ale ponieważ nie stać go było na odbitki, to też i nie szalał z ich ilością (na sesję składało się kilka „pstryknięć”). Z kolei Patti Smith, gdy otrzymała pierwszą gitarę, nie tylko nie umiała jej nastroić, ale też nie uważała posiadania tej umiejętności za konieczne – założyła, że w takich sytuacjach poprosi jakiegoś muzyka by coś na niej zagrał, a on zanim zacznie, sam z siebie nastroi instrument.
Trochę gorzej mi się przyswajało opowieść o ich związku. P. Smith nie ukrywa, że książka to hołd dla zmarłego przyjaciela. Drażniło mnie uwielbienie R. Mapplethorpe, gloryfikacja związku, w którym jej partner lubił jeździć ostro „po bandzie”. Nic ją nie ruszało – ani jego ćpanie, ani szukanie na ulicy własnej tożsamości seksualnej. Gdy nie mieli na czynsz i oboje musieli pracować, przyjęła ze zrozumieniem i z nutką współczucia to, że ona znalazła pracę w księgarni, a on jako uliczna męska prostytutka. Minęły lata. Patti Smith pisze będąc dojrzała kobietą. I dalej to samo uwielbienie. Nie tylko dla jego sztuki (bezdyskusyjnie, jego zdjęcia mają w sobie to ‘coś”, gdyby nie miały nie zostałby sławny), ale też i dla tego jaki był.
A może ja na starość popadam w mizoandryzm?
Może lepiej poprzestać na słuchaniu muzyki z tamtych lat?
Paweł Smoleński Balagan

Ballada o Izraelu napisana w formie tak jeszcze niedawno popularnych „alfabetów”. Lubię czytać tego typu książki, gdy mają dużo zdjęć. A tu czytałam na Kundlu, w dodatku w podróży, więc nie mogłam wspomagać się Guglem.
Paweł Smoleński jest zafascynowany Izraelem. Pewnie dlatego tak fajnie się ją czyta, nawet te fragmenty, które opowiadają o sprawach świetnie znanych, „wchodzą jak masło”. To, że niewiele się z tej książki dowiedziałam, zupełnie mi nie przeszkadzało.
Aleksander Głowacki Z głowy

Już po kilku minutach czytania miałam tylko jedno pytanie: dlaczego dopiero teraz czytam tę książkę?
Głowacki o swoim życiu, w Polsce i Nowym Jorku. Z sarkazmem i dystansem. W zasadzie tej książki nie powinno się czytać na raz, ja w każdym razie co jakiś czas musiałam robić sobie przerwę, by zrobić miejsce na następne, opowiedziane cudownie złośliwym językiem historyjki. Inna sprawa, że fajne się o tym czyta, bo świetnie jest to napisane. Ale to, do jakiego stopnia to życie pływa w alkoholu, poraża.