W tym tygodniu miałam imieniny, niestety tradycji nie stało się zadość i nie było dorocznego spływu kajakowego. Ale przygody można mieć wszędzie, również i w Wwie. Zaczęło się od tego, że dostałam w pracy od Beaty piękny kwiat i szkoda było go zostawiać na biurku (w piątek miałam wolne, więc musiałby na mnie czekać aż do poniedziałku). Wsadziłam więc kwiatek do plastikowej butelki z wodą i poszłam z nim teatru, zakładając, że przed spektaklem wsadzę go samochodu.
Tyle, że Gumisiowi samochód nie odpalił, zdążyła w ostatniej chwili, więc wylądowałam z kwiatkiem i walizką (po teatrze wybierałam się do Otwocka) i – trochę dla lansu, trochę z przekory – nie oddałam jej do szatni. Pomyślałam, że Jerzy Stuhr jak chodził z wielbłądem, robił większe zamieszanie …
Potem z kwiatkiem byłam na urodzinowej kolacji, pojechał do Otwocka i dopiero następnego dnia szczęśliwie dotarłam z nim do Brwi.

32 omdlenia to to trzy nawet nie jednoaktówki, bardziej „żarty sceniczne” A. Czechowa. Z tym, że w tej sztuce tekst nie jest ważny. Farsa, nic poza tym. Żadnej głębi w tym nie ma. Ale jak zagrana! J. Stuhrowi godnie partnerują: K. Janda i I. Gogolewski.
Na widowni tłumy. Każde wolne miejsce na podłodze też zajęte.
Chciałam mamie kupić bilet, marzenie ściętej głowy. A starszym osobom ta sztuka też się może podobać, bo zrobiona jest w mało „współczesnym” stylu. Bardzo oszczędna scenografia. Aktorzy mówią tekst bez wzmacniaczy głosu, a świetnie słychać. Nie biegają po scenie, nie zdejmują majtek, a ogląda się z zaciekawieniem.
Gdy powstawało to przedstawienie. J. Stuhr nie wiedział jeszcze, że jest chory. Ale ponieważ miało być jego „pożegnanie” ze sceną, sztukę kończy monolog, w którym aktor „żegna” się z publicznością. Po tym co się potem stało, nabrało to dodatkowego znaczenia.
Na koniec, jak łatwo można się domyśleć, owacja na stojąco dla J. Stuhra. Rzadko wstaję i klaszczę – tu nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to oczywista oczywistość, że mu się należy.

Z Otwocka wróciłam do Brwi z Gumisiem, który wszedł do kuchni i zrobił obiad, kolację …

Następnego dnia wstał, wszedł do kuchni i zrobił imieninowy obiad …

Dzień później, tym co ugotowała, ugościłam na niedzielnym obiedzie mamę, która wychodząc wzięła ze sobą sałatki, na urządzany przez siebie w poniedziałek brydż.
Można zazdrościć, ale z góry uprzedzam, że nie wypożyczam Gumisia.
A z Otwocka przywiozłam jaśmin. Ciekawe, czy się przyjmie.

W ostatnich Wysokich obcasach jest bardzo ciekawy artykuł o minimalistach. Na pewno nie tak, że chciałabym zredukować swój stan posiadania do 100 rzeczy, ale zauważyłam, że ostatnio niepokojąco zaczęło mi ich przybywać. Niepostrzeżenie przestałam stosować zasadę wymieniania rzeczy i nie dokładania do już posiadanych. Na razie, trochę pod wpływem tego artykułu, oddałam szafkę. Co z tego, że była ładna, jak stała w kącie, bo nie miałam na nią pomysłu?
Udało mi się wreszcie coś skończyć na drutach:

Za tydzień będą ładniejsze zdjęcia, bo na manekinie. Teraz rzucam wszystkie porozpoczynane robótki w kąt i zaczynam następne – mam zamówienia z Londynu.
