Mam fazę na zagospodarowywanie czasu:
– rozpoczęłam staż w Polskim Centrum Mediacji,
– zgłosiłam się na wakacyjny kurs języka angielskiego (ale jeszcze nie zapłaciłam, więc to jeszcze nic pewnego),
– spakowałam do pracy komplet na basen. Jak nie ma na co chodzić do kina, to może z tej rozpaczy, że nie ma dokąd iść, pójdę po pracy popływać?
Rozglądam się dalej.
Jest agroturystyka, to może by i na leżaku z książką chwyciło? Księgozbiór Gumisia po tym jak przejęła część zbiorów Zosi zaczyna być imponujący. W tym tygodniu brałam udział w przekazaniu roczników Dialogu i Twórczości.

Wracając z Otwocka była po raz pierwszy po remoncie na Dworcu Wschodnim. „Biała izba”, czyli główny hall lśni, ale przejścia na perony za chwilę wrócą do dawnej „świetności”.

Na drutach dłubię powoli szary kaszmir. Pomysł robienia swetrów od góry jest rewelacyjny.

A skoro ma nie być szwów, to i oczka plisy nabrałam tak, by potem przy wyrabianiu dekoltu przy plisie też nie było szwu (z tym, że pomysłu jaki ma być ten dekolt nie mam).

W kinach pustki. Nie grają nawet tych filmów, na które nie zdążyłam się załapać i teraz bym chętnie poszła. Załapałam się za to na tzw. „krzywy ryj” (próba generalna na dzień przed premierą) do Teatru Polonia.

Gombrowicz pełną gębą. Ale … sztuka to farsa. A ten gatunek zachwyca, gdy jest koncertowo zagrany. A tu nie był. Można by na kanwie opowiadanej historii coś poważniejszego dokleić (wrabianie w odpowiedzialność za naturalną śmierć niewinnego świadka), ale nie ten reżyser, nie ten teatr, więc próby nie podjęto.
I wyszło takie ni to, ni sio. Odnotowuję, że byłam. I tyle. Jak już byłam w Teatrze, to kupiłam na lipiec bilety na 32 omdlenia ze J. Stuhrem. Więc w bilansie było warto.
Wszyscy o tym Euro. A teraz jak przegraliśmy i wreszcie będziemy robić to co potrafimy, czyli szukać winnych narodowej tragedii, w ramach odtrutki na tę naszą kabotyńską pasję do upajania się patriotycznym bim-bom, cudowny fragment wywiadu z Janem Englertem (sobotnia Wyborcza):
( …) podczas wizyty u jednego z ówczesnych działaczy z Ministerstwa Kultury, który nie ukrywał, że jest urzędnikiem SB. Byłem wtedy dziekanem w szkole, on wezwał mnie do siebie. Najpierw przeleciał życiorysy moich kolegów, ile im zawdzięczają, a jak się teraz zachowują. Ja nie zdążyłem mieć tych profitów, nagród, nie mieli na mnie nic, ale facet mówi – ekumenicznie – że mnie szanuje, oczywiście poza tymi panienkami, tego nie rozumie, i pyta „Dlaczego pan, panie Englert, w kościołach występuje, i to za darmo?”. Ja na to: „Gdyby pan zobaczył te czyste, inteligenckie, uwznioślone twarze słuchające poezji, toby pan zrozumiał”. A on; „Co pan pierdoli, połowa to nasi”.