W tym miesiącu Szarotkowe spotkanie zorganizowała właścicielka Amiqs. Jak zawsze gdy na spotkanie przychodzi w nowe miejsce silna grupa, integracja z osobami spoza tej grupy za bardzo nie wyszła. Oprócz nas, na spotkanie przyszły klientki tego sklepu, które – o dziwo – o nas nie wiedziały! Pan Gugiel o nas wie (sprawdziłam). Okazało się że nie wszyscy czytają Gazetę Wyborczą i jej forum!
Ale co też warto podkreślić było bardzo miło, miałam wrażenie, że właścicielce Amiqsu zależało byśmy się u niej dobrze czuły i ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że jestem na spotkaniu, z handlowym podtekstem.
Pamiętam jak na z rok temu na Szarotki Ewa przyniosła swoje pierwsze nieśmiałe próby w papierowej wiklinie. Przez ten czas osiagnęła w tym imponującą wprawę (zrobioną przez nią torebkę z papierowej wikliny sfotografowałam na zrobionym przez nią szalu).
Na to spotkanie przyniosłam ze sobą Funczala. Ale co z tego, że naumiałam się Kitchenera – postawiłam przed nosem laptop, na którym wyświetliłam to zdjęcie –

(jak się zaczyna i kończy można zobaczyć np. tu), gdy po bliższym przyjrzeniu się, okazało się, że to co odebrałam z artystycznego cerowania było w stanie nie nadającym się do zszycia.
Pomocna rękę wyciągnęła do mnie Baśka, która całe spotkanie, poświęciła na prostowanie pokręconych nitek. Mam teraz spróbować sama, ale jak mi się nie uda, wiem już do kogo się zwrócić.
Ze zdarzeń, które budzą mój niepokój:
stłukłam lustro. Poprzedni raz stłukłam lustro 14 lat temu, tuż po przeprowadzeniu się do Brwi – następne 7 lat, nie należało do najszczęśliwszych.
A ja tu się tu cały czas moszczę. W tytm tygodniu zakończyłam rewitalizację elektryki: dodałam lampy czujnikowe. Czekam na dzień w którym udostępnią elekktryczność na zasadach Wi-Fi. Każde urządzenie to następne kable. Urody to nie dodaje.
Z miłych zdarzeń:
był u mnie synek, który rano poszedł do Galerii Brwinów i przygotował śniadanie a’la Brahdelt:

Wychodząc dwa tygodnie temu po Proroku Ilja z Teatru na Woli, zostało postanowione, że przed końcem sezonu teatralnego pójdziemy jeszcze na coś, tak by nie zostawać z tamtym absmakiem. Padło na Oresteję w Teatrze Narodowym.

Pomysł na sztukę jest taki, by w oparciu o mit Orestei, pokazać współczesną polską rodzinę. Doborowa obsada, lekkie zadęcie (śpiewa chór Opery Narodowej), ale efekt mocno taki sobie. Kilka świetnych scen to trochę mało, jak na trzygodzinne przedstawienie.
Nie mam takiej „bazy” jak Gumiś, która pozwalałaby mi po wyjściu z teatru snuć rozważania: ten aspekt mitu lepiej był uwypuklony tu …, to zapożyczył z Viscontiego itd. I może dlatego nie lubię sztuk, gdzie kolejne sceny to ilustracja strumienia świadomości reżysera, może dla niego zrozumiałych, dla mnie nie. A do tego za dużo lampeczek, gadżetów, niezrozumiałych odniesień – np. zdaję sobie sprawę że najprawdopodobniej filmy wyświetlane w wiszącym na scenie telewizorze nie były przypadkowe. Ale ponieważ nie wiem co to za filmy, to nie pojęłam głębi tych scen.
Denerwuje mnie we współczesnym teatrze jeszcze jedno. Aktorzy krzyczą, popisują się możliwościami swojej krtani, zapominając, że z daleka widoczne są przytwiedzone do ich pleców wzmacniacze głosu. Chyba nie tylko ja pamiętam, że na tej scenie aktorzy potrafili w tej dziedzinie dużo więcej i to bez technicznego wsparcia.
Podobała mi się gra Sebastiana Pawlaka, nie wiedziałam o jego istnieniu (nic o nim nie było na Pudelku!). W sumie to tylko on wpadł mi w oko. Podobno dobra jest w tej sztuce i Stenka, ale mnie nie przekonała.
W kinach wysyp filmów dokumentalnych. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy odprysk po niedawnym festiwalu Planete Doc, a nie pomysł na kryzysowe kino.
Mam też już lekki przesyt gejowskich tematów. I dlatego po obejrzeniu Trzy, nie poszłam na podobno lepsze, sądząc z ilości gwiazdek, Piękno.

A Trzy dobrym filmem nie jest. Jedyny plus (co dziwne, w przypadku niemieckiego filmu), to dialogi. Może nie iskrzą, ale dobrze się ich słucha.
Ona i On, tuż po czterdziestce, w związku który bezpiecznie trwa, bo nauczyli się nie mieć do siebie pretensji. Ale nagle przychodzi zawrót głowy: oboje zakochują się w tym samym facecie.
O nastoletnich czterdziestolatkach. Może to taki trend? W każdym razie film o tym mało ciekawy i nie wychodzący poza szablon romansidła.
Do Pimencjuszki
Nie zostawiłaś maila, więc trudno o kontakt. Może napisz na mój gazetowy: ninga/małpa/gazeta.pl?