w28

Mogę na siebie liczyć – na pogrzebie też potrafię strzelić niezłą „fopę”.

Niespodziewanie, już idąc w kondukcie dowiedziałam się, że to ja, w imieniu starego Sos-u,  mam powiedzieć nad grobem kilka słów. Synek mnie pocieszył, że wystarczy jak powiem kilka słów „od serca” i będzie dobrze. No to powiedziałam. Między innymi opowiedziałam o tym, jak to jeszcze kilka dni przed śmiercią dyskutowałam z Zosią o książkach – ten ostatni raz o książkach M. Łozińskiego: jego ostatnia obu bardzo nam się podobała, ale jego pierwszą książkę Zosia uważała za złą. Ja jej broniłam, argumentując, że napisał ją 25-letni chłopak, czyli jeszcze gówniarz. Gdy wróciłam „na miejsce”, mój synek wysyczał:  na ciebie można zawsze liczyć, że zaliczysz jakąś wtopę. Nie zauważyłaś, że są Łozińscy?      

Po raz pierwszy byłam na pogrzebie na Cmentarzu Żydowskim. Sam pogrzeb dużo bardziej chwycił mnie za serce niż te, na których najczęściej „bywam”, czyli taśmowo odklepywana msza u Boromeusza, a potem szybki przemarsz za meleksem przez Powązki. Tu ruszyliśmy za trumną spod bramy cmentarza i gdy doszliśmy do wykopanego grobu, „czekały” tam  wetknięte w ziemię szpadle. Gdy grabarze spuścili trumnę do grobu, obecny (prywatnie, po pogrzeb był świecki) na pogrzebie rabin Szudrich, jako pierwszy wziął łopatę do ręki i zaczął zakopywać grób. Za nim zrobili to następni. Gdy któryś z nich się zmęczył, wbijał szpadel w ziemię i natychmiast ktoś go „zastępował”. To zasypanie w milczeniu grobu przez żałobników, a nie wynajętych grabarzy, tworzyło podniosły nastrój, czułam się częścią tego tłumu, z którym łączyła mnie miłość do Zosi. Nie było też tej całej koszmarnej funeralnej kiczowatej otoczki – trumny z błyszczącymi jarmarcznymi okuciami, opasanych szarfami wieńców i wiązanek, czy ozdobnych zniczy made in China.  

 

Był Bojar. Pomalował prawie cały płot (na całość zabrakło farby). Mam też pomalowane (i umyte) okna w kuchni i drzwi wejściowe. Ma jeszcze raz przyjechać i wszystko „podokańczać”.

Po wrześniowym zakochaniu się w sobie, moja miłość rozlała się na dom (teraz żałuję, że wcześniej nie zabrałam się za ten projekt, bo może i na ogród by mi starczyło). Po roku poszukiwań (z tym, że z przerwami) kupiłam piękną komodę.

I teraz rozglądam się za biurkiem. Pewnie też zajmie mi to sporo czasu, bo takich o które mi chodzi, czyli przynajmniej o długości 160 cm jest mało. A jeszcze chcę by było ładne.

Z kolei dla siebie kupiłam sokowirówkę,  wsadziłam małą czarną rzepkę i uzyskałam szklankę soku. Poprzednio, gdy usiłowałam to zrobić ręcznie, wyszło mi tak mało, że zaczęłam wątpić czy w tej rzepie, coś takiego jak sok w ogóle występuje. Po jednym wtarciu w głowę efektów brak, ale mam zamiar wcierać dopóki na bazarze będzie można kupić rzepę.

Z Bojarem przyjechała Lucy, która uznała mój ogród bez psów, za idealny na zimowy azyl dla jeży. Plan był taki, że ja będę dawać jedzenie, jeż będzie jadł i nabierał przed zimą ciałka. W tym równaniu nie wzięte zostały jednak pod uwagę koty sąsiadów …

 W weekend wyjechałam na wieś. Jedną noc spędziłam z buldogiem francuskim w pokoju i mój sąd na temat „produkcji” tego typu psów się wyostrzył. Zdaję sobie sprawę, ze dopóki jedni będą chcieli kupować takie psy, drudzy będą je produkować. Pies który nie może normalnie usiąść, podrapać się, oddychać. Cierpi i  w nocy i gdy inni śpią nie potrafi przecierpieć całej nocy w milczeniu. Teraz jest jeszcze na diecie eliminacyjnej (alergia), więc nawet nażreć się normalnie jak pies nie może.

 

Z tego wszystkiego nie byłam na Szarotkach. ale powoli Opposite Pole dziergam. Na poprzednich Szarotkach nauczyłam się robienia skróconych rzędów „z nitką” (nie ma tego sposobu na Youtube) – bardzo się tu przydał. Zobaczyłam, że czasami warto robić warkocze wzorem ściągacza – lewa strona i prawa wygląda wtedy tak samo.

 

Fragment telefonicznej rozmowy z Anką:

Ja: Co dostałaś na urodziny w prezencie?

Anka: Farmę z Lego.

Ja: To chyba Alek kupił dla siebie.

Anka: Nie. Dla siebie to kupił kolejkę z Lego.

Słowem historia się powtarza. Tomek miał kilka miesięcy, gdy Michał napisał do przebywającego za granicą mojego ojca: Tomek marzy o zdalnie sterowanym samochodzie.

No wiec stał się to co w końcu musiało się stać – wyszłam bardzo rozczarowana z filmu Pedro Almodovara.

W jego ostatnim filmie nie ma tego „cuś”, za co tak kochałam jego filmy. Nie ma też dawnej lekkości, barwy i kiczu. Pozostała tylko bardzo poskręcana fabuła, z zaskakującymi rozwiązaniami. Ale ani to nie bawi, ani nie wzrusza. Przynajmniej mnie.

Słowem ciężka, niestrawna papka, tyle że bardzo dobrze zagrana.