Janka umarła w grudniu.
W sobotę została patronem szkoły.
Z tej okazji wydana została okolicznościowa broszura, w której zostało zamieszczone moje wspomnienie o Jance:
My wszyscy „z Janki”. Jestem jedną z tych „z My”. Poznałam ją w 1987 roku, gdy przyszłam pracować do Sosu, od tego momentu cały czas utrzymywałam z nią kontakt – w ostatnich kilku latach, gdy na Jej prośbę zapisałam się do Stowarzyszenia TRIO, którego była prezesem, znów dość regularny. Była dla mnie bardzo ważną osobą. Myślę, że już do końca życia, będzie mi towarzyszył z off-u głos Janeczki wypowiadający sakramentalną formułę: Jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam.
Zapytałam pana Gugla czy zna to powiedzenie; zna, ale w innej wersji: Jak chcesz mieć coś zrobione dobrze, to zrób to sam. Niby jest to to samo, ale nie do końca. W wersji Janeczki nacisk jest położony na to, by zamiast oglądać się na innych, samemu zabrać się do roboty. Przy czym zazwyczaj w tzw. starym Sos-ie adresatem tego zaklęcia nie była osoba poddawana, serwowanej w tamtym miejscu, w owym czasie osobliwej kuracji socjoterapeutycznej, tylko ktoś z nas, kadry tego ośrodka.
Mieliśmy koło trzydziestki. Podzieleni na nauczycieli i wychowawców i garstkę osób z administracji. Na tych którzy spędzali w Sos-ie całe dnie i tych co wpadali na kilka godzin. Niezależnie od tych podziałów, cały czas dynamicznie dzieliliśmy się na grupy, podgrupy, zespoły do „walki z”, zespoły do „walki o”. A ponad tym wszystkim była Ona. Nasza Janka. Wobec której, jako jedynej, obowiązywały inne reguły gry.
Do Janki się mówiło, nie krzyczało. Nawet w najgorętszych sporach unikało się używania słów powszechnie uznawanych za obelżywe, co w innych konfiguracjach było uznawane za normę. Kiedy po jakiejś radzie pedagogicznej Janka zaniemogła i wylądowała na kardiologii, zatroskani o Jej stan zdrowia, palcem wytykaliśmy „winowajcę”, który nie mogąc znaleźć argumentów na poparcie swojej tezy, przekroczył umowną granicę i w mało parlamentarny sposób wywrzeszczał pod Jej adresem swój protest.
Bo wbrew pozorom, robiąca wrażenie łagodnej i dobrotliwej, wcale nie była łatwym przeciwnikiem w dyskusji. I to co często w pierwszej chwili błędnie było brane za słabość charakteru, było tylko dobrym wychowaniem oraz przestrzeganiem norm i konwenansów.
Epoka starego Sos-u to czas gdy jeszcze nie wiał zachodni wiatr, nikt nie słyszał o zarządzaniu kryzysem, chaosem, zmianą. Patrząc wstecz, nie umiem dziś zrozumieć o co aż tak bardzo się spieraliśmy, po co było ustalać normy, o których z góry było wiadomo, że nikomu nie uda się ich wyegzekwować, zawierać na papierze niemożliwe do realizacji kontrakty, a następnie godzinami o tym dyskutować, mimo że z góry było wiadomo, że nikt nikogo nie przekona.
Tymczasem Jance jakoś udawało się nad tym wszystkim zapanować, tak że z sukcesem zarządzała permanentnym trzęsieniem ziemi.
Jak Jej się to udawało?
Myślę, że przede wszystkim dlatego, że podczas gdy my kolejny raz usiłowaliśmy ustalić co było pierwsze: jajko, czy kura, Janka bez oglądania się na innych sama robiła tą pogardzaną przez wszystkich „prozaiczną, papierkową” robotę. Piekła w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu i robiąc za innych to powinno zostać zrobione, jednocześnie umacniała swoją „królewską” pozycję. Siłą rzeczy im więcej robiła, tym bardziej postrzegaliśmy Ją jako najlepiej zorientowaną, nie tylko w swojej „działce”, ale w tzw. „całokształcie” (to ostatnie bardzo Jej pomagało gdy reprezentowała SOS na zewnątrz).
Z perspektywy lat widać, do jakiego stopnia SOS jako miejsce pracy był kolorową wyspą na szarym morzu oświaty. Przy czym dla większości z nas był nie tylko miejscem pracy, ale i towarzyskim grajdołem. Nie da się ukryć, że mocno rozplotkowanym i że Janka brała w tym czynny udział – pewnie w tamtym czasie żyła trochę naszym życiem, patrząc na nie jak na serial obyczajowy.
Gdy się to wszystko w okolicach 1989 roku zaczęło rozłazić, Janka zabrała się za rzecz jeszcze bardziej niemożliwą, czyli reformowanie systemu oświatowego. A ponieważ dalej utrzymywałyśmy kontakt, obserwowałam jak się spala w tej nierównej walce – bo ile razy dziennie można starać się zachować zimną krew, kwitując kolejne sytuacje powiedzeniem: „różnych Pan Bóg ma lokatorów”
Potem, gdy reforma została wdrożona i wyszło nie tak, jak to było zakładane, było jeszcze gorzej. Janeczka nie kwestionowała wprawdzie tego, że nie wszystko wyszło zgodnie z planem, ale do końca broniła reformy. Uważała, że upowszechnienie średniego wykształcenia, warte jest ceny jaką trzeba było za to zapłacić. Na pytania z gatunku: jak można było dopuścić do tego, ze dzisiejszy maturzysta nie zna nawet jednego cytatu z Wesela i nie wie kto to był Wyspiański odpowiadała: Jeżeli kiedyś maturę zdawało kilkanaście procent, teraz ma zdaje osiemdziesiąt, trzeba było radykalnie obniżyć poziom. Ale dzięki temu ci najgłupsi staną się odrobinę mądrzejsi. I to się w dłuższej perspektywie wszystkim nam się opłaci. Lubiła przy tym powoływać się na liczby, procenty, badania. Miała ogromna wiedzę w tym zakresie, dzięki której wygrywała takie „starcia”.
Ale też, coraz więcej było niezadowolonych z reformy, coraz mniej tych co jej bronili i po śmierci głównych autorów reformy, nieliczni – tak jak Janeczka – byli gotowi dalej się z nią utożsamiać.
Coraz mniej podobało się też Jance, opanowywanie życia społecznego i politycznego przez dziwnych lokatorów Pana Boga. Nie umiała się pogodzić z tym, ze nastały rządy „Edków”którym, choć kompromitują się na każdym kroku, nie spadają sondażowe słupki poparcia.
W tym okresie często mówiła o swojej chorobie. O tym że pewnie już niedługo umrze. Ale nie traktowałam tego tak bardzo poważnie. Może dlatego, że zawsze mówiła o tym tak pogodnie i z uśmiechem: po powrocie z Bliskiego Wschodu, opowiadała jak to odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie znalazła się na pokładzie samolotu do Wwy – dopiero wtedy poczuła że może „bezpiecznie” umrzeć. Wcześniej zamartwiała się, że jaki kłopot zrobi rodzinie umierając w Jerozolimie, miejscu jednej z najdroższych ziem cmentarnych na świecie, a alternatywne rozwiązanie, czyli lotniczy transport zwłok też do tanich się nie należy. Moja uwaga, że niepotrzebnie się martwiła, bo takie sytuacje objęte są ubezpieczeniem, popsuła tylko konwencję – Janka chciała o chorobie i o śmierci mówić „na luzie”, nie na poważnie.
Może dlatego, gdy Lucy zobaczyła w Gazecie nekrolog Janeczki i w ten sposób dowiedziała się o jej śmierci ze zdziwieniem powiedziała: OK. Mówiła zawsze, że umrze. Ale czy od razu musiała to robić?
Święto Sosu trwało cały dzień Uroczystość zaczęła się od przemówienia obecnej dyrektorki Sos-u, pierwsze zdanie brzmiało:
– Janka była znana z tego, że wszystkim dawała …
Po części oficjalnej, było kilka imprez towarzyszących, a o 17 rozpoczęła się impreza w wynajętym klubie. Było całe mnóstwo różnych, wartych opisania sytuacji.
Tyle, że ja nie miałam humoru – tego dnia umarła Zosia. Mam tylko jedno wspólne z Nią zdjęcie:
W przeciągu roku, umarły dwie bliskie mi osoby. Z tego co się zorientowałam, obecnie modne jest zadawanie pytania: Jak żyć?