w30

Przypomniałam sobie, że najbardziej kocham siebie.

<object width="320" height="240" data="http://30808.www.blox.pl/html/http:/www.youtube.com/embed/ScFo_hGYKXk” type=”application/x-shockwave-flash”><param name="src" value="http://30808.www.blox.pl/html/http:/www.youtube.com/embed/ScFo_hGYKXk” />

A bardzo o sobie ostatnio zapomniałam. Poczułam za sobą ścianę, gdy uświadomiłam sobie, że w kolejnym tygodniu znów może z dwa razy uda mi się dotrzeć do mojego ukochanego domu. Potem będzie weekend, w którym znów coś będę robić – słowem w zbyt dynamiczny sposób realizowałam ostatnio miłość własną i mam zamiar trochę wyhamować. 

Na początek, w ramach dbania o siebie, postanowiłam przeprowadzić kurację imbirową. Sklarowałam masło. Kupiłam imbir, A potem niepotrzebnie pochwaliłam się ciotce Beacie młodszej. Dostałam od niej taki mail:

Zastanawiam się jak nie łączyć węglowodanów, białek i tłuszczy skoro natura część z nich, i to uchodzących za te bardziej wartościowe zbudowała tak, że mają te trzy składniki, takie np orzechy w proporcjach 1/3+1/3+1/3. Albo soja i inne strączkowe.

Tylko moja determinacja sprawiła, że się nie poddałam i brnę dalej. Inna sprawa, że nie rozumiem dlaczego cały nastawiony na zachowanie wiecznej młodości przemysł farmaceutyczny, zupełnie pomija starzenie się układu pokarmowego – ja już mogę mieć zmarszczki, tylko proszę o tamtą przemianę materii! 

No i o tamte włosy. Słabe miałam zawsze, ale nie musiałam ich farbować, wiec jakoś to szło. Chodzę niby do dobrych fryzjerów, kładę dobre farby, a z wizyty na wizytę włos coraz cieńszy. Nawet mi nie wypadają – zajmują tylko coraz mniej miejsca. Kuracja o której pisze Brahdelt (pierwszy odcinek tu), jest nie dla mnie. Jestem na to zbyt leniwa. Ale pod wpływem jej determinacji  na początek postanowiłam przynajmniej przez miesiąc pojeść drożdże i raz w tygodniu smarować łeb rycyną. Kupiłam też jakąś „profesjonalną” odżywkę do włosów – dopiero jak chciałam użyć, czyli rychło w czas, przypomniałam sobie, o tym, że miałam unikać aplikatorów. Słowem jak zwykle wykazałam się pamięcią złotej rybki.

Rozejrzałam się też po ogrodzie. I powiało grozą. Mech się tak rozrósł, że już nic z nim nie zrobię. Ziemi nie wymienię i nowej trawy nie posadzę: raz, ze to kosztuje, dwa, że znów po trzech latach znów byłby  mech. Aby go nie było musiałabym albo poświęcić na to cały swój wolny czas, albo wynająć profesjonalną firmę – oba rozwiązania nie wchodzą w grę.


Grządka pod płotem też niknie w oczach. Posadzenie bluszczu nie było najmądrzejsze – powoli tłumi wszystko.

 

Tak, że wygląda na to, że za kilka lat w moim ogrodzie będzie tylko mech i bluszcz.

Do kina nie ma na co chodzić.  Nie z własnego wyboru, tylko zaciagnięta do towarzystwa poszłam do Filhramonii Narodowej na koncert W. Killara.

 

Koncert o dziwo nie był kakafonią – w słuchaniu był całkiem przyjemny. Ale rozpoczął się od przemówień. I jak tak patrzyłam na naszego prezydenta, to pomyślałam, że on ma nieporównanie gorzej niż ja. Bo ja jednak nie muszę wychodzić co wieczór z domu, teraz się wprawdzie rozpędziłam, ale zaraz się ogarnę. A on nie ma wyjścia – musi.