Kupiłam sobie śliczne butki.

Wybór był taki, że sporo czasu straciłam zanim się zdecydowałam. Były cudownie różowe, wściekle turkusowe, odblaskowo seledynowe. Wybrałam pomarańczowe, tak by pasowały do szaliczka. Do butków była przyczepiona instrukcja obsługi. Było w niej m.in. takie ostrzeżenie: buty codziennie używane szybko się niszczą.
Najwyższy czas pomyśleć o domu. W tym roku jakoś wyjątkowo ciężko mi się myśli, bo trzeba wykonać sporo napraw. Na razie, z inicjatywy sąsiada, wymienione zostało siedem słupków w ogrodzeniu.

Zgłosiłam dekarzowi potrzebę konserwacji rynien – prawdopodobnie są za rzadko czyszczone, bo pod ciężarem mokrych igieł wygięły się ich końcówki. Przed zimą muszę wymienić uszczelkę od szyby kominkowej i przy okazji poprawić obudowę z szamotowych cegieł (kilka się obluzowało, a jedna odpadła). Umówiłam się wstępnie z Bojarem na malowanie domu. I tak dalej … ta lista to do przemyślenia, dla tych co to by chcieli mieszkać w domu. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Mieszkanie w domu także.
Ogród chwile świetności ma już chyba za sobą.
Bez nie kwietnie.

Nie zakwitły też, już drugi rok z rzędu śliwy.

Tak jak uprzedzał ortopeda, łokieć tenisisty zostanie ze mną już do końca życia i jestem skazana na pomoc zewnętrzną. A dobrze zrobione jest wtedy, gdy robi się samemu. Dopóki grabiłam sama nie było mchu. Może trochę lepiej jest w przypadku profesjonalnej firmy, ale to nie wchodzi w grę.
Na razie, trochę później niż zwykle ale posadziłam kwiaty w donicach. Tradycyjnie: biało-zielono na balkonie, na czerwono okno sypialni:

I po raz pierwszy udekorowałam drzwi wiklinowymi koszami:

Zanim nadejdzie kanikuła ostatni dzwonek, by nacieszyć się kinem. Tyle, że nie za wiele jest do tego cieszenia.

Miss Kicki to szwedzko-tajwańskie kino rodzinne. Tytułowa Kicki kiedyś tam zostawiła pod opieką matki 4-letniego syna i wyjechała na kilkanaście lat za granicę. Po powrocie, by nawiązać kontakt z synem, zaproponowała wspólne wakacje na Tajwanie. Wybór miejsca nie był przypadkowy, bo przy okazji chciała odwiedzić tajwańskiego biznesmena, z którym miała internetowy romans.
Dalszy ciąg zgodny ze schematem – na początku matka z synem to dwoje obcych ludzi, a w finałowej scenie …
Oj mocno takie sobie.
![]()
Za to świetny był film, który do kin doszedł okrężną drogą, bo był już pokazywany w telewizji. To że ma kilka lat zupełnie nie przeszkadza, bo jest z gatunku tych co się nie starzeją. Biało-czarny. Jeden dzień, jedno mieszkanie, tylko czterech aktorów.

Dwóch czternastolatków spędza leniwy dzień w mieszkaniu jednego z nich. Jak jest prąd grają w playstation, jak wyłączają prąd, zastygają w bezruchu na kanapie, czekając aż znów go włączą. Dołącza do nich dostarczyciel pizzy, któremu nie chcieli zapłacić za dostawę oraz dwa lata starsza od nich sąsiadka, której zepsuł się piekarnik i która przyszła do nich upiec swoje urodzinowe ciasto.
Dzień upływa im na grze w playstation, pieczeniu ciasta, opowiadaniu kawałów. Nie ma żadnej intrygi, dramatycznego zakończenia. Ale w tym zwykłym dniu, który pozornie nie różni się od innych, każdy z bohaterów, odkrywa sam dla siebie parę prawd o sobie. I kiedyś patrząc wstecz uświadomią sobie, jak ważny w życiu był dla nich ten dzień.
Dobry, kameralny film. Tyle że z gatunku „dla koneserów”. Gdyby jeszcze nie byl taki przewidywalny ….
![]()
Tydzień skończył się miłym akcentem – Szarotkami.
Na Szarotki zaniosłam mój druciany problem. Dobrze, że przerwałam robienie Minimalist cardigan - skos to wina skręconej wełny.

Przewinę i wybiorę inny ścieg. Może coś pomoże. Jak nie to klopsik. Ale to za chwilę. Na razie jako drutującą babcia robię Misiokocyk (wzór wzięłam stąd).

Tu z kolei kupiłam dużo za dużo włóczki. Rozważam zrobienie wersji trzymisiowej do wózka i pięciomisiowej do łóżeczka.