Weekend z kieszonką

Plan był taki:  w sobotę kominiarz (jak tylko zrobiło się naprawdę zimno, zapchał się komin i dogrzewanie domu kominkiem stało się niemożliwe, samym gazem staram się grzać „oszczędnie”. Dopiero teraz, jak zrobiło się cieplej, kominiarz podjął się wdrapania na dach), rozebranie choinki i skończenie Idlełudzika. niedzielę  dwa filmy w kinie Alchemia: Milosz Forman: Co cię nie zabije… i Mine Vaganti. O miłości i makaronach.

Do późna w sobotnią noc robiłam kolejne wersje kieszonek, poszłam spać przekonana, że rano tylko je wszyje i będzie cacy. W południe zrozumiałam, że nie zdążę nawet na drugi film i z pasją oddałam się tworzeniu kolejnych wersji kieszonek. To co wyszło jest kompromisem, między tym co chciałam, a tym co wyszło –  dalej już nie miałam siły. W dodatku niebezpiecznie zaczęłam się zbliżać do momentu, gdy z powodu powyciąganych przy okazji kolejnych szyć oczek,  koniecznie byłoby nadprucie głównego korpusu i zrobienie tego kawałka jeszcze raz.


Skończony Idlełudzik wygląda tak. Wzór z Raverly, wełna to 40 dkg Cascade 220 kupione w Zagrodzie  Myszopticy.


Chyba jest trochę za obcisły – cała nadzieja w blokowaniu.

Teraz będę robiła z tego:


Ma być z tego kardigan. Skrzyżowanie Blackberry Cabled Cardigan

z Eala Bhan. Na zdjęciu poniżej wygląda on tak sobie, ale jest to jego zdjęcie profilowe, więc bez pytania kopiuję, urok tego swetra widać np. tu.


Będę robiła według własnego wzoru, bo w „sieciowych” nie ma takich rękawów – gdyby nie Dziunia, nawet nie wiedziałabym o istnieniu takiego sposobu. Na razie, czekając na Szarotki, gdzie mam nadzieję że spotkam Dziunię i z nią o tych rękawach pogadam,  myślę nad korpusem.


Byłam na szkoleniu. Omówiono na nim wiele ficzerów i sposobów ich autentykacji. Co o tyle istotne, że dotyczyło to sensytywnych danych, w ich natywnym środowisku (niestety notatki zaczęłam robić dopiero w ostatniej godzinie szkolenia).

Na szkoleniu, nie tylko ubogaciłam swój język, ale – dzięki możliwości obcowaniu ze Sztuką – również i duszę.


Dzieło to stworzyła artystka plastyk


Nie wiem tylko dlaczego Pan Gugiel, zna tylko to jedno jej dzieło …

W ramach Poniedziałków w Lunie, obejrzałam film, na który nie poszłam gdy był jego czas i  – co też nie tak bardzo mnie zdziwiło – było odruchem właściwym.


Klasyczny melodramat. Młoda kobieta, matka dwójki dzieci, nie potrafi pogodzić się z tym, że została porzucona. Jej teść zabiera ją do domku w górach, gdzie opowiada jej o miłości swojego życia. Kochał szalenie, ale jednak nie zdecydował się porzucić rodziny. Mało odkrywcze. O tym, że są sytuacje, z których nie ma dobrego wyjścia.


Jak kupowałam bilet na Kolejny rok, dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie mogę wybrać gdzie chcę siedzieć, bo został już tylko jeden bilet – pod ścianą w pierwszym rzędzie. Gdy odeszłam od kasy, zobaczyłam synka idącego na ten sam film. Przez chwilę miałam nadzieję, że się zamienimy biletami. Ale on kupił przedostatni – też w pierwszym rzędzie, tyle że z drugiej strony.

Sam film opowiada o szczęśliwym małżeństwie 60-latków, które żyje sobie w małym domku w Londynie, dzieląc czas między dająca i satysfakcję pracę i działkę, którą lubią uprawiać. Wokół ich ciepłego, z dobrymi kolacjami, domu,  jak satelity krąży kilka samotnych, nieszczęśliwych znajomych. Taka ballada o tym jak minął rok. Miło się ogląda, a może bardziej podgląda ich zwykłe życie.