w51

Na odcinku zapchanej rury cisza. Powoli przyzwyczajam się, że nie mogę korzystać ze zlewu w kuchni, ani z drugiej łazienki. Wprawdzie są firmy które pod ciśnieniem przepchają każdą rurę (nawet taką w której zastygł beton), ale w tym przypadku prawdopodobnie skoczyłoby się to na rozsadzeniu tej rury. Z kolei z planów wynika (wskazuje to też położenie szamba), że rura prawdopodobnie idzie pod domem, czyli odkopanie i wymiana zapchanego odcinka, też nie za bardzo wchodzi w grę. Dopiero jak dostanę odpowiedź jak może być  poprowadzone podłączenie do miejskiej kanalizacji będę dalej myśleć – z tym, że i tak taka możliwość będzie najwcześniej w 2012 roku.

W tym tygodniu odbyło się spotkanie, inicjujące starania by Janeczka została patronem szkoły. Na początku zabrał głos jej mąż – słuchając tej opowieści smutno robiło się na duszy, że tego typu rody odchodzą do historii. W dodatku zawsze było w tych ludziach tak dużo służby, a tak mało autoreklamy, że w przestrzeni publicznej można bezkarnie, samozwańczo mówić o sobie „żoliborska inteligencja”. Efekt taki, że dziś ten termin brzmi pejoratywnie. Potem  gdy zabrali głos inni mówcy, miałam możliwość obserwowania jak powstaje fikcja historyczna. Słuchając ich wystąpień przecierałam uszy ze zdumienia. W jednym się z nimi zgadzałam – ci którzy ją znali, wygrali los na loterii. Ale Janka była urocza we wszystkim – nie tylko w zaletach, również w swoich wadach i słabostkach. Nie rozumiem dlaczego mówiąc o zmarłych  od razu uderza się w patos, buduje spiżowy pomnik.   

Rozpracowuję moją „Myajkę”. Tak będzie szedł jej korpus:

Kołnierz robiony na okrągło, rzędy skrócone, zawracanie w punkcie „A”.

Myślałam o nowocześnie zrobionych rękawach – jak to się robi jest opisane tu i tu. Ale okazuje się, że już wymyślono coś nowego. Dziunia wynalazła to. A „to” się robi od dołu, a potem przyłącza do reszty skróconymi rzędami – czyli zero problemów z „pasowaniem” główki.

Potrzeba ok 1000 metrów włóczki. Noro skarpetkowe jest za cienkie, nieskarpetkowe drogie, po drugie kupowane na ebayu może po drodze „zaginąć” (doświadczył tego ostatnio Gumiś),  Magic się mechaci.

Myśląc o mojej Myajce, męczę sie z Iglełudzikiem. Tym razem nie umiem pokonać łączenia wełen – w wywijanym golfie z gładkiej wełny złączenie nitek powinno być niewidoczne. Obejrzałam na Youtubie kilka instruktażowych filmików – w praktyce żaden sposób nie wypalił.

Widziałam dwa świetne filmy. I tylko po to by je zobaczyć, zostałam na kawałek weekendu w Wwie, czego bardzo nie lubię. A wszystko przez to, że w tym tygodniu poza jednym dniem kiedy byłam umówiona na dokończenie podłóg, każdego dnia po pracy miałam jeszcze jakieś spotkanie, czy coś do załatwienia. I ani razu nie udało mi się tego zgrać z jakimś filmem. Dlatego gdy w piątek wyszłam od fryzjera, poczułam taki głód kina, że zrezygnowałam z jechania do domu. Zanim w sobotę rano wsiadłam w pociąg, też zhaczyłam o kino. I tak mam zaległości, w dodatku „uciekł”  mi film Szukając Eryka.

Nie wyobrażam sobie innego werdyktu jury niż Oscar dla Colin Firth. Nie lubię go, ale muszę uczciwie przyznać, że jego rola w Jak zostać królem to aktorska perełka.


Lata trzydzieste XX wieku. Rozwój techniki sprawił, że król musi nie tylko ładnie wyglądać na koniu, ale również wygłaszać transmitowane przez radio przemówienia. Tymczasem syn starego króla się jąka. Leczenia podejmuje się ekscentryczny, samozwańczy logopeda – przeuroczy luzak. Jego pacjent to skrępowany etykietą, zakompleksiony sztywniak.  Film o tym, jak tych dwóch tak bardzo różnych ludzi się zaprzyjaźnia.

Chociaż jest to film historyczny, nie ma inscenizacyjnego zadęcia – siermiężność przedwojennego Londynu pokazana jest bez żadnego makijażu. nawet dwór królewski przaśny i pachnie stęchlizną. Czuć wprawdzie w tym filmie dotyk Hollywoodu i cechujący tego typu produkcje dydaktyzm, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Film jest tak dobrze zagrany i ma tak rewelacyjnie napisaną listę dialogową, że na takie drobiazgi nie zwraca się zupełnie uwagi.


Nominację do Oscara ma również drugi obejrzany przeze mnie w tym tygodniu film Pogorzelisko.

Też dobry film, ale …

Historia zaczyna się 35 lat temu, w południowym Libanie, gdy na oczach Nawad bracia zabijają jej ukochanego, palestyńskiego uchodźcę (rodzina jest wprawdzie katolicka, ale „honor” rodziny jest w tamtych stronach rozumiany tak samo jak u muzułmanów). Zaraz po tej scenie, przenosimy się na koniec tej opowieści, do Kanady. Po śmierci Nawad osierocone przez nią bliźniaki dowiadują się, że zgodnie z jej ostatnią wolą, zanim wyryją jej imię na nagrobku, muszą wcześniej odnaleźć swojego brata (o którego istnieniu nie wiedzieli) i odszukać ojca (do tego momentu, byli przekonani, ze dawno nie żyje). Śledząc ich poszukiwania poznajemy okrutną historię tamtego konfliktu. Film kończy się w momencie gdy wyjaśnione są wszystkie wątki.

Zgodnie z przesłaniem filmu, bohaterom tej opowieści prawda przyniosła wyzwolenie. Jak dla mnie w tym miejscu film skręca w dydaktycznie ckliwy i nieprawdziwy kierunek. Dzieciom Nawad i innym bohaterom tej opowieści, będzie trudno żyć z prawdą którą odkryli. I dalszy ciąg, tym razem ich losów, będzie wprawdzie nie tak okrutny, ale równie przejmujący. Ale te wątpliwości dotyczą tylko zakończenia, czyli kilku ostatnich minut tego filmu. W niczym nie zmienia to faktu, że film jest niesamowity.