w75

Przerwa na życie

Czyli na brydż:

Pomysł by Nefaz pobawił się z dziewczynkami nie do końca wypalił, jednak psy to nie ludzie, nie potrafią się ze sobą bawić dlużej niż pół godziny, zwłaszcza na nie neutralnym terenie.

Czytam niewiele, a jeżeli to głównie dyskusje o remontach domów, a w ramach urozmaicenia przeglądam ofertę sklepów internetowych.

Orlando Virginii Woolf.

Nie widziałam ekranizacji tej książki, zawsze coś mi wypadało, a teraz jeszcze bardziej żałuję.

Bo o ile cała, bardzo dziś modna „genderowość” tej książki jakoś mnie nie obeszła, to zrobiła na mnie wrażenie jej estetyka. W zasadzie każdy akapit to przepiękny, przemawiajacy do wyobraźni obraz. Coś z baśni, powiastki filozoficznej. I chyba nie najgorzej przetłumaczone, skoro czuć takie klimaty. A to, że poznajemy Orlanda w czasach elżbietańskich, a żegnamy jako Orlandę w czasach gdy pędzi się automobilem, to szczegół – jak dla mnie mało istotny w odbiorze tej książki.

Dla zainteresowanych próbka stylu:

Gdy usiedli do stołu, Orlando, który zazwyczaj brał to za część ustalonego porządku świata, tym razem poczuł niezro­zumiały wstyd z powodu liczby sług i świetności swego stołu. Co dziwniejsze, z poczuciem dumy przywołał myśl – która z reguły była mu wstrętna – o swej prababce Moll, dojarce krów. Miał właśnie wtrącić słówko o tej kobiecie niskiego stanu i jej skopkach na mleko, gdy poeta zamknął mu usta, mówiąc, że choć nazwisko Greene jest tak pospolite, o dziwo jego ród przybył na wyspę wraz ze Zdobywcą i należał do naj­świetniejszych we Francji. Niestety los sprawił, że podupadli i zapisali jedynie swe imię w nazwie królewskiego miasta Greenwich. Dalszy wywód biegł tym samym torem: historie o utraconych zamkach, tarczach herbowych, kuzynach baronetach na północy, małżeństwach z arystokratycznymi r°” darni na zachodzie, pisowni nazwiska czasem z „e” na końcu, czasem bez… trwały aż do pojawienia się na stole dziczyzny. Dopiero wtedy Orlando zdołał napomknąć o babci Mol i jej krowinach, ulżywszy nieco sercu, nim podano dzikie ptactwo. Wszakże dopiero gdy polała się obfitym strumieniem małmazja, Orlando ośmielił się nadmienić, że jego głowę za-ta sprawa ważniejsza niż Greene’owie czy krowy, a mianowicie święty temat poezji. Ledwie wypowiedział to słowo, dv oczy poety zapłonęły ogniem. Natychmiast zrzucił z sie­bie maniery człowieka dobrze ułożonego, z hukiem odstawił szklanicę i zagaił jedną z najdłuższych, najbardziej zawikłanych, namiętnych i pełnych goryczy opowieści, jakie Orlando kiedykolwiek słyszał (chyba że z ust odtrąconej kobiety), o pewnej sztuce Greene’a, o innym poecie i o krytyku. Na temat natury samej poezji Orlando dorozumiał się tylko, że trudniej ją sprzedać aniżeli prozę i, choć wersy są krótsze, dłużej się je pisze. Przemowa umykała w niezliczone dygresje, dopóki Orlando me nadmienił nieśmiało, że i on miał czelność pisać – lecz w tym miejscu poeta zerwał się z krzesła. W boazerii pisnęła mysz, powiedział. A jego nerwy, wyjaśnił, są w takim stanie, że piśniecie myszy rozstraja je na dwa tygodnie. Niechybnie w domu było tych bestii zatrzęsienie, lecz Orlando nigdy ich nie słyszał. Następnie poeta szczegółowo zrelacjonował Orlandowi swe perypetie ze zdrowiem w ciągu ostatnich dziesięciu lat. A było tak mizerne, że dziwić się tylko należało, iż jeszcze żyje. Przeszedł paraliż, podagrę, zimnicę puchlinę wodną i trzy rodzaje febry. Na domiar złego miał powiększone serce, przerośniętą śledzionę i schorowana wątrobę. Przede wszystkim zaś odczuwał sensacje w kręgosłupie, które wymykały się wszelkim próbom opisu. Jeden z kręgów, mniej więcej trzeci od góry, palił go jak ogniem, inny, bodaj drugi od dołu, był zimny jak lód. Niekiedy po przebudzeniu mózg ciążył mu jak ołowiem, innymi razy zdawało ‚Ze P^ną w nim tysiące świec woskowych i strzelają dymne race- Płatek róży uwiera go przez materac (…)

 

Narodziny Brodwayu kupiłam w zeszłym roku, gdy naiwnie wierzyłam, że uda mi się namówić Ańćkę na wycieczkę do Nowego Jorku.

Do Ameryki nie poleciałam, książkę przeczytałam dopiero teraz i nie polecam. Ani, ani. Autor na pewno ma ogromną wiedzę na temat historii Brodwayu, ale nie potrafi jej sprzedać (może i przyłożył się do tego i tłumacz).

Każda strona, to mnóstwo nazwisk, średnio powiązanych ze sobą faktów, nieliczne anegdoty. Opowieść kończy się w pierwszej połowie XX wieku. Ktoś, kto zna historię Brodwayu, może dowiedzieć się czegoś jeszcze. Komuś, kto tak jak ja, nie ma o tym zielonego pojęcia, trudno się w tym wszystkim połapać. Zwłaszcza, ze prawie wszystkie skróty myślowe, czy odwołania, były dla mnie nie czytelne.

Ale sporo ciekawych historyjek można „wyłuskać”.

Przemówił mi do wyobraźni mi finał opowieści o Evelyn Nesbit, muzie słynnego architekta Stanforda White. Evelyn:

Poślubiła Harry’ego Kendalla Thawa, schorowanego milio­nera z Pittsburga, który był zazdrosny o White’a. Latem 1906 roku, podczas premiery Mamzelle Champagne na dachu Madison Sąuare Garden, Thaw postrzelił Stanforda White’a w głowę. Evelyn zeznawała podczas procesu, omawiała in­tymne szczegóły swoich przejażdżek na czerwonej aksamitnej huśtawce. Cały kraj był oczarowany. Cnotliwa i zmysłowa, w wy­sokim kołnierzyku, który miała na sobie siedząc na miejscu dla świadków, Evelyn została „pierwszą boginią seksu w historii Ameryki”, według słów E. L. Doktorowa w Ragtime – raczej Kle­opatrą z czerwonym aksamitem niż żmiją. W rzeczywistości był to sąd nad White’em, White’em i jego haremem chórzystek. Sąd orzekł, że Thaw jest niespełna rozumu i odesłał go do Szpitala Stanowego dla Psychicznie Chorych Kryminalistów w Matteawan, Pojechał do zakładu prywatnym wagonem kolejowym, a tłumy stojące wzdłuż torów machały do niego, gdy popijał szampana z przyjaciółmi. Evelyn nie została zaproszona na przejażdżkę do Matteawan.

A jak przeczytałam o karierze Carrie Nation, to naszła mnie taka refleksja, że kiedyś nie trzeba było stawac na czele Komisji Sejmowej, by móc realizować swoje nadmuchane ego. Carrie Nation:

]est kobiecym Paulem Bunyanem, ma sześć stóp wzrostu i topór w dłoni. Ewangelistka z Kobiecej Chrześcijańskiej Unii Wstrzemięźliwości zaczyna słyszeć głosy jak Joanna D’Arc. Jeden konkretny „głos” każe jej zaatakować saloony w Kiowa w stanie! Kansas. Jak oszalała przemierza kraj, wioząc z sobą kamienie, kule do bilarda i topór, który stanie się jej wojennym znakiem. „Po trosze oszustka, po trosze fanatyczka”45, jest wiele razy aresztowana. Opisuje siebie jako „buldoga biegnącego u stóp Chrystusa”. Stanie się sławna w całym kraju po tym, jak w wielu saloonach klienci będą do niej strzelać i rzucać się na nią z pięściami. Ale ona dorównuje tyra mężczyznom awanturnictwem. Kiedy pojawia się w Nowym Jorku, w saloonie byłego mistrza wagi ciężkiej Johna L. Sullivana, nie może znaleźć wielkiego Johna L. On woli nie „zadawać się” z Carrie Nation, która z czasem wstępuje do wodewilu, żeby zapłacić swoje rachunki ze szpitali. Niezadowolona z „walki z toporem”, zaczyna kampanię przeciwko papierosom, gorsetom i aktom…

I takich historyjek jest w tej książce całe mnóstwo, szkoda tylko że giną w ogromie nazwisk twórców i tytułów ich dzieł.