Deszczowej wiosny ciąg dalszy
Coraz bardziej podoba mi się ta deszczowa aura. Cudownie jest wracać do domu bez poczucia, że powinno się jeszcze podlać ogród. Jedyny mankament to że wszystko zbyt szybko rośnie – koszę raz na tydzień i za każdym razem wyrywam wiaderka chwastów.
Tydzień temu w kilku miejscach posypałam nawozem z gatunku „anty-mech”. Mech ma się dobrze, ale trawa w tych „posypanych” miejscach zmieniła kolor i wygląda zupełnie inaczej. Za chwilę będzie jeszcze ładniej, bo w tym tygodniu wysypałam kolejny kubełek.

Jak każe tradycja (piąty maj z rzędu), na parapecie niebieskiego pokoju postawiłam czerwone pelargonie. W tym roku wyszło trochę „nie tak” – im bardziej rosną tym bardziej się od siebie różnią (w doniczkach próba wyhodowania małych bukszpaników).

A pod parkanem wszystkiego coraz więcej – boję się tylko że bluszcz, barwinek i to zielone płożące wszystko na koniec zdusi i znów będzie nudno.

Bardzo powoli idzie drutowanie Endless knitted cardi shawl.

Gackowa pisała, że robota żmudna, ale że nie tylko żmudna, ale i przeraźliwie nudna, już nie.
Wielka jest moja miłość do Gumisia i gotowość do poświęceń – w imię przyjaźni zgodziłam sie pójść z nią na Apolonię. Na razie, w ramach treningu (Apolonię grają dopiero za miesiąc) poszłam z nią na spektakl I więcej nic nie pamiętam.

Monodram oparty jest na pamiętniku lekarki z warszawskiego getta, Adiny Blady-Szwajger. Gra jej córka, aktorka Alina Świdowska, która historię matki poznała dopiero z opublikowanych przez nią wspomnień. Najtrudniejszą decyzją życiową jej matki, lekarza pediatry, było podanie podczas likwidacji getta dzieciom którymi się w szpitalu opiekowała, śmiertelnej dawki morfiny.
Spektakl jest dobrze zagrany, do snutej na scenie opowieści bardzo pasuje oszczędna scenografia, świetnie dobrana jest też muzyka. Tyle, że ja historię Adiny Blady-Szwajger znałam już wcześniej. A nawet gdybym jej nie znała, to zdecydowanie wolę takie wspomnienia czytać, niż oglądać ich teatralne adaptacje.
Ale co warte odnotowania – na tym spektaklu nie było publisi. Inna sprawa, że była to mała sala ŻIH-u, a na widowni siedziało ok. 30 osób.
Przed spektaklem, na tablicy ogłoszeń przeczytałam, że z okazji rocznicy zburzenia synagogi na Tłomackiem odbędzie się w ŻIH-u kilka imprez, m.in. będzie miał odczyt Jan Jagielski. Poszłam posłuchać opowieści o synagodze – ten facet tak ciekawie mówi, że poszłabym nawet gdyby gadał o budowie pantofelka. Pokazywał też masę zdjęć przedwojennej i wojennej Warszawy. Usiłowałam poukładać sobie te zdjęcia na dzisiejszej mapie Warszawy, ale zupełnie nie umiałam sobie tego wyobrazić – przeszkodził mi brak wyobraźni przestrzennej i przywiązanie do powojennego układu architektonicznego miasta.
Na spotkaniu było około 30 osób. Zastanawiam się, gdzie chodzą inni, skoro nie ma ich tam, gdzie ja chodzę. Bo tak cały czas w domu to przecież nudno – nawet jak jest w nim dużo zabawek. Z przyjemnością zaczynam u siebie zauważać lekkie znudzenie komputerem. W tym tygodniu miałam też bliskie spotkanie z Play station – fajna zabawka, ale chyba bym nie umiała tak jak kiedyś spędzić kilku dni gapiąc się w monitor i usiłując przejść jakąś grę.
W kinie porażka.

Za co te gwiazdki, za co te nagrody – nie wiem. On tęskni za zmarłym tragicznie kochankiem. Przeraźliwie łzawy melodramat, ilustrowany koszmarnie podniosłą muzyką. W dodatku opowiedziany językiem Mniszkównej.
Za to przeczytałam przeuroczy czeski film, czyli kolejną książkę M. Viewegh’a – Powieść dla kobiet

Jana ma dwadzieścia jeden lat. Jej mama czterdzieści parę. I jak Jana się zakocha, dopiero po jakimś czasie okaże się, że jej wybranek to pierwszy maż jej mamy, którego ona jak najgorzej wspomina. Czyli przemiłe, przeurocze czeskie czytadełko.
O kolejnej książce, którą przeczytałam – Sadze rodu Słonimskich, napiszę w osobnym wpisie, bo warta jest kilku cytatów.