Z dziennika budowy
Zrobiłam kolejny krok na drodze do zarejestrowania domu – mam już tzw. certyfikat energetyczny (od zeszłego roku, bez takiego dokumentu, nie jest możliwy żaden ruch z domem). W skali od A do G, dostałam D, podobno dla 10-letniego domu jest to bardzo przyzwoity wynik. Byłam przekonana, że taki certyfikat nadaje się na podstawie pomiarów "trzymania" przez dom ciepła. Ale to by było zbyt logiczne – zgodnie z narzuconą odgórnie metodą, ważne jest np. to, ile jest kaloryferów, czy jakiej grubości jest betonowa wylewka. To czy jest dodatkowy komin, pozwalający na zainstalowanie kominka, nie jest już istotne. Kolejne korporacyjne rozwiązanie – geodeci też nie od razu wywalczyli, że termin ważności, sporządzanej przez nich mapki (600 zł), też niezbędnej do jakiegokolwiek ruchu z domem, wynosi 6 miesięcy. Upoważnieni do wystawiania certyfikatów energetycznych operatorzy, na starcie dostali 10 lat (po tym czasie, nawet jeżeli nic się w tym czasie w domu nie robiło, certyfikat traci ważność). Przez następne kilka lat, będą mieli tyle do roboty że nic się w tym punkcie nie zmieni, potem na pewno pomyślą o skróceniu tego czasu.
Chyba już wiem co następne – w przyszłym roku prawdopodobnie ulegnie zniszczeniu moja ukochana łazienka.

Wszystko wskazuje na to, że będę musiała sporo zapłacić za zaniechany dopiero w ubiegłym roku pomysł grzania zimą tylko połowy domu. Był Gumiś, powąchał i orzekł, że to grzyb. Jeżeli ta diagnoza się potwierdzi, czeka mnie latem spory remont.
Z czerwonym szalem zbliżam się już do końca. Na Szarotkowym spotkaniu dowiedziałam się, że ten widoczny na zdjęciu przeplot (prawa strona wykończenia) to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów koronki szetlandzkiej.

Jak skończę, zrobię małą przerwę w SZALomanii, mam ochotę na baktus. Kupiłam wełnę taką jak Zdzid, z tym że wybrałam wersję "lacy" (wygląda tak).

Gdy wyszłyśmy z kina były w świetnym nastroju, – nic tak nie poprawia humoru, jak pretensje, których nawet nie trzeba mówić na głos, bo "winny" sam wie, że nawalił na całej linii. Na pewno nie jest to żadna komedia (z tym, że nie jest to też i dramat). Kiepskie popłuczyny Prostej historii Lyncha.
Przeczytałam wspomnienia córki Stanisława Dygata.

Bardzo smutna książka – skowyt porzuconego przez ojca dziecka (dziecko ma wprawdzie ponad 50 lat, ale wszystko wskazuje na to, że z każdym rokiem dorosłości ten ból rósł, a nie malał). Gdy miała 16 lat, zadzwonił do niej ojciec i poinformował, że jego druga żona postanowiła ultimatum, albo ona, albo córka. Nie miała innego wyjścia niż przyjąć wybór ojca do wiadomości. Już wcześniej nienawidziła swojej macochy (wszystko wskazuje, że z wzajemnością), po tym telefonie niemożliwe okazało się możliwe – znienawidziła ją jeszcze bardziej. Jak dla mnie świetne studium myślenia, z którym często się spotykam i zawsze mnie tak samo złości – on jest niewinny, dobry, nawet jeżeli źle postępuje, to trudno obarczać go za to winą, bo nie ze wszystkiego zdaje sobie sprawę. Winna jest ona – uwiodła, omotała, sam by na to nigdy nie wpadł. Niezależnie od tego, że postać Kaliny Jędrusik nie budzi żadnej sympatii (rozczula to, że na starość została dewotką), nie przekonała mnie koncepcja, że gdyby nie ona, Dygat byłby dobrym ojcem.
Miałam już pewne sukcesy z programem REDUKCJA, ale wszystko się wysypało. Dodatkowo zostałam zdemotywowana, gdy po prawie miesięcznej przerwie spotkałam się z eksem by obgadać święta, a on na przywitanie rzucił taki tekst: dobrze wyglądasz, zrobiłaś sobie lifting? Niby nic odkrywczego nie powiedział – parę kilogramów więcej zawsze dobrze robi na twarz, ale motywacja do głodzenia się, w dodatku z lodówką powoli zapełniająca się świątecznymi smakołykami, mocno zapikowała w dół. Przy okazji, dzięki zakupom z Gumisiem, odkryłam dżem o niesamowitym smaku (m.in. z tego powodu posypał się program REDUKCJA) i olej, który nie śmierdzi, gdy smaży się na nim ryby.

Polecam! Przy okazji, na niedzielne popołudnie polecam moją ukochaną Trójkę:
12:00 Historia Muzyki Rozrywkowej,
13:00 Trójkowo filmowo,
14:00 Magazyn Bardzo Kulturalny,
15:00 Siesta.