w148

Dużo kina

Zakończył się Warszawski Festiwal Filmowy.

Szkoda, że tak krótko. Chciałabym by taki festiwal trwał cały rok, albo by było takie jedno kino w Wwie, gdzie pokazywano by filmy z całego świata. Na kilku seansach, na tyle na pewno znalazłaby się, wystarczającą do zapełnienia widowni, liczba chętnych. Od biedy, by nie wydawać na tłumacza, mogliby puszczać z angielskimi napisami.

Zobaczyłam:

Jeszcze po jednym    ♦   ♦ 


Po obejrzeniu I twoją matkę też zakochałam się w meksykańskim kinie. Tym razem też się nie zawiodłam. Trójka studentów z tzw. dobrych rodzin wyrusza  zabawić się na mieście. Tak się składa, że się rozłączają. Od tego momentu każdy bawi się osobno, przeżywając nie zawsze zabawne przygody.

Między nami    ♦   ♦  

Podobno ta historia zdarzyła się naprawdę. Kilka tygodni po przyjechaniu z Kolumbii do USA, on zostawią ją z dwójką dzieci i idzie sobie w dal. A ona, bez zawodu, bez pracy, bez znajomości języka i przyjaciół  musi sobie dać radę. I oczywiście daje sobie radę. Ku pokrzepieniu serc.

Pięć dni bez Nory    ♦   ♦ 


Zanim Nora popełniła samobójstwo, tak wszystko zaplanowała, że to jej były mąż musi zająć się jej pogrzebem, a sam pogrzeb nie może się odbyć, tak jak to każe żydowska tradycja, w ciągu 24 godzin, tylko dopiero piątego dnia. Przemiła opowieść.

Słowenka    ♦    


Tytułowa Słowenka to studentka, która nie mogąc liczyć na pomoc rodziny, postanawia zarobić na dostatnie życie jako prostytutka.  Jak dla mnie za dużo w tym filmie publicystyki – niektóre sceny toporne, w sumie mocno takie sobie.

The Girfrien Expierence  ♦   ♦ 


Film S. Soderbergha, pokazywany w ramach cyklu "mistrzowskie dotknięcie". Mistrzowskie to było, ale nie dotknięcie, tylko pierd….. A rzecz o kryzysie, call-girl i o tym że trudno dziś o prawdziwe relacje – słowem przesłanie też "mistrzowskie".  Dwie gwiazdki, a nie jedna, bo film dość krótki i bez dłużyzn. 

Kupiłam wełnę na kolejne szale. Głęboka czerwień okazała się  czerwienią w bordowym odcieniu, w dodatku z szarym nalotem – na razie nie umiem się do tej wełny przekonać. Turkus też szarawy, ale może być. Wygląda na to, że ta wełna się nie mechaci. Tyle że nie wiem, kiedy zrobię  z niej szal, cały czas dziergam czerwony, zbliżam się wprawdzie do końca, ale jeszcze nie skończyłam  – w tym czasie Dagna zrobiła 5 szali i 1 sweter.


Nie ma czasu na posprzątanie ogrodu. Jesienią widzę dobre strony uprawiania w ogródku kostki bauma z posadzonymi wzdłuż płotu iglakami. Na razie posprzątałam tylko pod orzechem – zgarnęłam cztery worki,  a na gałęziach zostało jeszcze przynajmniej na dwa worki. A to dopiero jedno drzewo. 


Przyszły weekend  spędzam u córki w Londynie. Myślałam, że Anka przyjedzie dopiero w styczniu, ale zatęskniła za dentystą i  kupiła bilet na listopadowy weekend. Zastanawiam się,  czy dający się zaobserwować spadek narzekania na polską służbę zdrowia, nie ma jakiegoś związku z ostatnią emigracją. Beata też przyjeżdża do lekarza w Wwie – pracuje w Szwecji  w szpitalu i jako lekarz raczej wie co robi.

A mój synek kupił za 4 grosze bilet do Oslo. Świat stoi przed nami otworem. Trzeba mieć tylko pieniądze na hotel.