Pierwszy tydzień urlopu
Pierwszy tydzień urlopu minął mi w pracy (1,5 dnia), u Gumisia (1,5 dnia) i na grze w Pająka, podczas której najlepiej mi się myśli o tym od czego, skoro jest tyle do zrobienia powinnam zacząć.
Z drutami chwilowo wzięłam rozbrat. Zaczęłam zszywać Sunrise circle i mam dosyć. Nienawidzę zszywać i jakoś tak jest, że im bardziej zszywam, tym bardziej to co zrobiłam mi się nie podoba. Wyjściem byłyby szale. Rene poradziła mi Zephira – podobno nie kłaczy, ale jeden motek za mało, dwa za dużo. Słowem myślę. I pewnie bym już wymyśliła, ale mam nie tylko urlop, ale i remont.
Gdyby mi Gumiś nie powiedział, że minął termin siania trawy, to nawet bym trawniczka przed domem nie zrobiła. A tak po terminie, ale jest.

W czwartek zgodnie z umową przyjechał Bojar:

Wszystkiego zrobić nie zdążył, a następne wolne dni ma dopiero w październiku. W niedzielę późno wieczorem moja sykstynia wyglądała tak:

Już na etapie kupowania uchwytów do szafek postanowiłam przełamywać schematy i kupiłam inne uchwyty do drzwiczek, inne do szuflad. Z kolei Lucy zarządziła by gałki przymocować nie w dolnym rogu, tylko po środku. Nie wpadłabym na to, a wygląda dużo lepiej. Następny pomysł Lucy jest jeszcze bardziej rewolucyjny – zaproponowała pomalowanie sufitowych belek na wściekłą zieleń. Ja jeszcze do tego nie dojrzałam i na razie jestem na etapie błękitu paryskiego, ale do października daleko.

Na zdjęciu widoczne trzy srebrne klosze, kupione w Ikei dzięki podpowiedzi Brahdelt.
Na szczęście nie wszyscy żyją remontem. Są tacy co chodzą na grzyby (Gumiś) i mają ten dobry zwyczaj, że co któryś słoiczek grzybków jest dla mnie.

Jestem pod wrażeniem książki Andy Rottenberg.

Wzięłam ją do ręki, bo znałam jej syna i na moich oczach rozpoczynał koszący lot w dół, nawet kilka razy rozmawiałam na ten temat z A. Rottenberg, była dla mnie wówczas nie znanym historykiem sztuki, ale matką Mateusza. Dobry materiał do dyskusji: geny czy wychowanie? Z tym, że nie ma w tej książce samobiczowania, analizowania własnych błędów itp. – autorka bardzo uczciwie stawia sprawę: postępowała tak jak uważała, że jest najlepiej i nawet po tym co się stało, nie do końca rozumie dlaczego wyszło tak jak wyszło. Ciekawa kobieta, ciekawie pisze nie tylko o swojej macierzyńskiej porażce, dużo do myślenia dają jej refleksje na temat współczesnej Polski i tego, jak ktoś taki jak ona się w niej czuje – ale nie jest to żaden plotkarski alfabet wspomnień, nawet jak są przytoczone anegdoty, to trudno domyśleć się o kogo chodzi. Interesujące jest też przyglądanie się jak A. Rottenberg odkrywa historię swojej rodziny – zaczyna z pudełkiem zdjęć, na których mało kogo rozpoznaje, pod koniec całkiem sporo udaje jej się ustalić.
Przeczytałam jeszcze jedne wspomnienia – Ostatni mazur.

Podobnie jak w przypadku książki A. Rottenberg, tą książką też się zainteresowałam, bo znałam niektórych bohaterów. Chyba tylko dlatego książka była dla mnie ciekawa, z tym że i tak przekartkowałam opisy wojennych walk. Sam temat – historia Tarnowskich w XX wieku bardzo ciekawy. Podobnie to, jak toczyły się ich losy. Ale mam wrażenie, że autor chciał być "trochę w ciąży" i napisał wprawdzie historię, a nie panegiryk, ale tak nie do końca. Wyszedł na tym, jak Zabłocki na mydle – za to że nie napisał panegiryku wyrzucono go z rodu Tarnowskich. Przez to, że nie jeden raz zatrzymał się w pół zdania, nie przekonał do siebie czytelnika. Więc chyba się nie opłaciło.
Likwidacja to pierwsza przeczytana przeze mnie książka Imre Kertesza – zaczęłam kiedyś jego Kadisz dla umarłych i nie pamiętam dziś dlaczego, ale nie doczytałam do końca (może teraz do tej książki wrócę).

Z tą jego książką poszło gładko, z tym że chociaż na okładce jest napisane, że książka o tym, że sztuka po Holocauście jest możliwa, lecz jedynie gdy sprzeciw wobec rzeczywistości pozostaje zasadą istnienia, to ja aż takich mądrości w tej książce nie znalazłam.Współczesne Węgry i ludzie, którzy gdy przestał ich jednoczyć wspólny wróg przestali się ze sobą przyjaźnić. Czyta się miło, klimatem przypominała mi prozę Kundery – tyle, że robi wrażenie niedokończonej, jakby tylko naszkicowanej. Ale dawno nie było tak, by jakieś pojedyncze zdanie tak głęboko zapadło w pamięć, że mija tydzień, a ja cały czas pamiętam:
miłością przegranych jest nienawiść.