w167

Środek lata

Wreszcie coś skończyłam. Zrobiłam bez szwów i wydłużyłam górę, tak że paski były zbędne. Wyszło mi 25 dkg (druty "4"). Dałam córce na imieniny – pomyślałam że jak w sierpniu będzie pływać po Cykladach, będzie jej pasować do dżinsów.


Zrobiłam zdjęcie i na "ludziu", ale przepadło – po raz pierwszy odkąd mam aparat cyfrowy  pomyliłam komendy i zamiast wgrać do komputera wykasowałam zdjęcia z aparatu. Wszystko ma wady i zalety, aparaty cyfrowe też.

W tym tygodniu odkryłam, że od zimy czekałam na lato, a gdy wreszcie przyszło, to nie mam czasu, by to zauważyć. Zamiast skorzystać z kilku  zaproszeń (w połowie sierpnia mam też zaplanowany  remont), okazało się, że inni już poszli na urlop i zamiast zgasić światło, muszę pracować.

Powoli zaczęłam też przygotowywać się do zimy – w tym tygodniu był już pan kominiarz i konserwator pieca gazowego. Okazuje się, ze piec też nie jest taki, jaki być powinien – model, który posiadam wymaga stałego dopływu świeżego powietrza i jak zimą zatykam znajdujący się obok pieca wywietrznik (działający jak otwarte okno), piec nie tylko zużywa więcej gazu, ale też wydziela dwutlenek węgla.  Powinnam mieć piec z tzw. zamkniętą komorą spalania.  Nie wiem, kto wymyślił, że to faceci budują domy. Nie tylko u mnie  to nie zadziałało.  Ostatnio jak  byłam u Ańćki (podobnie jak u mnie, jej dom też był kiedyś wspólny i to on nadzorował jego budowę), fachowcy którzy przyszli podłączyć okap, odkryli w kominie kable instalacji elektrycznej.

Był też pan od anteny na dachu – za chwilę skończy mi się promocja Canal+, zamiast 20 zł miesięcznie, będę płacić 40 i w tej sytuacji stwierdziłam, że najwyższy czas  uczynnić antenę, która zamilkła 1,5 miesiąca temu, jak tylko zaczęły się ulewne deszcze. Pan od anteny obciął sosnom kolejne gałęzie i przy okazji wymienił konwerter – okazuje się że ich jakość jest taka, że w zasadzie powinny być wymieniane co pół roku (o tym w ulotkach reklamowych nie piszą). 

W tym tygodniu miałam w planie skoszenie trawy (udało mi się), wykarczowanie ugoru pod oknem (poradziłam  sobie "połowicznie") i pomalowanie płotu (nawet farby nie kupiłam).


Ale za to byłam na wieczorze poetyckim.


Spędziłam dzień u Beaty, gdzie nastąpiła prezentacja Malwiny.


I z okazji przyjazdu córki zaliczyłam kolejny rodzinny obiad – tym razem w małym gronie, czyli ja, dzieci i Michał. Każde z tych wydarzeń zasługuje na osobny, okraszony smacznymi anegdotami, wpis na blogu. Ale pozostając wierna przyjętej formule, zacznę  jutro kolejny dzień pracy od porannej herbaty z Beatą i opowiedzenia jej "839 odcinka serialu", a tu przywołam tylko komentarz jaki po obiedzie rodzinnym zamieścił na Facebooku mój synek: to szło jakoś tak: "mali rodzice mały kłopot, duzi rodzice duży kłopot". ha!

Przeczytałam drugą (i ostatnią) książkę Rubena Gallego i o ile pierwsza (tzn. Białe na czarnym) zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, to Na brzegu ani ani. Cały czas miałam wrażenie, że książka została napisana nie z potrzeby serca, tylko po to by płynąć na fali popularności po otrzymaniu za Białe na czarnym nagrody Bookera.


Opowieść o przyjaźni Rubena z Miszą – znali się domu dziecka i gdy po latach znów spotkali się w tym samym domu starców, zamieszkali w jednym pokoju.  Żyli w miarę dostatnio ze spadku, który otrzymał Misza. Ruben, jako ten "sprawniejszy" opiekował się chorującym na miopatię Miszą, w zamian otrzymując bezcenne w jego przekonaniu nauki jak żyć. Z tym, że też nie jest do końca jasne ile w tym powieści, ile reportażu, a ile ckliwego wyciskacza łez. I zamiast wzruszyć się jak stary siennik, żałowałam że rozmieniłam wrażenie po przeczytaniu jego poprzedniej książki na drobne.

Za to druga przeczytana w tym tygodniu książka, chociaż nie przepadam za opowiadaniami,  bardzo mi się podobała.


Tłumacz chorób to debiutancka książka Jhumpy Lahiri, dostała za nią Pulitzera, całkiem zasłużenie.  Kilka zwykłych, wziętych z życia,  ciekawie napisanych historii z życia hinduskich imigrantów w USA. Bardzo przyjemnie się czytających, nie za krótkich, nie za długich i z odpowiednią dawką multikulti – taką, że zaciekawia, ale nie epatuje odmiennością.

Jak za starych dobrych lat (to se ne wrati), poszłam z córką do Kinoteki.


Cichy chaos to opowieść o facecie, który po nagłej śmierci żony, ogłosił "strajk" – wycofał si
ę z życia zawodowego, rano zamiast do pracy, odwoził 10-letnią córkę do szkoły  i dopóki z niej nie wyszła, czekał na nią na pobliskiej ławce.  Ładnie zagrane,  sporo miłych dla oka i ucha scenek rodzajowych, ale  jest coś w tym filmie głęboko nieprawdziwego – może to, że choć problemy z którymi zderzają  bohaterowie jak najbardziej  wzięte z życia, to sposób w jaki  "same się rozwiązują" mało realny? Gdy staje się jasne, że bohater nie ruszy się z ławki pod szkołą, świat przychodzi do niego – nie tylko piękne kobiety (to jeszcze jest prawdopodobne), ale i szef wielkiej korporacji (w tej roli Roman Polański).  Jest też w tym filmie bardzo długa scena łóżkowa, która niczego do tego filmu nie wnosi i nie za bardzo pasuje do nostalgicznego klimatu w jakim toczy się ta opowieść.

Jak tak dalej będę narzekać, to nie pozostanie mi nic innego niż się zastanowić, czy rzeczywiście repertuar kinowy tak dramatycznie pikuje w dół, czy to ja na starość zrobiłam się aż taka wybredna.

Zrobiłam też listę, którą przepisałam z Notatnika emigrantki, ale się w tym odcinku nie "zmieściła".