w192

Żarty się skończyły

Żarty się skończyły i zaczęła się prawdziwa wiosna. I to właśnie wtedy, gdy najchętniej poleżałabym sobie z książką przed kominkiem. 

Zaczęłam od tego, że z myślą o następnej zimie poukładałam za domem drewno, robiąc miejsce na następne.


Na razie kupiłam 10 m3. To, że w wywrotce było tyle tego drewna musiałam przyjąć na wiarę – na pierwszy rzut oka nie wydawało mi się, że jest go więcej niż w zeszłym roku, gdy zamówiłam  8 m3.


Trochę zmieniłam zdanie jak zaczęłam układać:


Po trzech godzinach doszłam do wniosku, że  mam więcej niż jeden powodów (przeziębienie, Dzień Kobiet) by na ułożenie dać sobie więcej czasu, niż jeden weekend.


Zrobiłam według przepisu Brahdelt galaretkę z jabłek (z tą różnicą, że kupiłam jabłka z brzoskwiniami). Miałam w sklepie niezły ubaw, gdy stojąca za mną w kolejce pani poprosiła mnie o podanie "mojego" przepisu na szarlotkę. Z kamienną twarzą wyjaśniłam, że w poście nie piekę ciast, tylko robię galaretki i podałam jej przepis Brahdelt. Zaniosłam na sobotnie ciotkowanie u Joanny i wspólnie ustaliłyśmy, że galaretka z wiśniami jest jednak lepsza, bo mniej słodka.


Joanna wystąpiła z sałatką z krabów (kupna) na plasterkach awokado. Bardzo dobre.


Zobaczyłam u niej fajny gadżet – Maryśka wiesza swoje kolczyki na takim wieszadełku:


Mało brakowało, a miałabym duży kłopot ze skończeniem swetra. Zapomniałam o Mili, która po cichutku zaniosła kłębek do swojego gniazdka i zaczęła nad nim intensywnie "pracować".


Na szczęście trwało to tylko chwilę i wełnę udało się "odzyskać".

Robota posuwa się do przodu bardzo powoli, żeby to "zdynamizować" założyłam, że skończę do urodzin Gumisia (czyli ostatniego weekendu marca). Inspiracją było Candy Brahdelt, ale centralnie idący przez cały przód warkocz z tej wełny (boucle) byłby mało widoczny. Teraz rozważam, czy nie ubogacić w ten sposób szalowego kołnierza. 

Tej wiosny zapowiada się, że może nie aż tak jak u Rilkego wielką rzeką, tylko małym strumyczkiem, ale jednak płynąć będzie samotność. Część moich ciotek, tak jak np. Joanna z założenia nie ma czasu. Inne akurat teraz przeżywają klimakteryjne  apogeum bycia absolutnie-nie-do-wytrzymania. Ańćka została prezesem. Gumiś wziął dodatkowe pół etatu. Tak jeszcze się rozejrzałam tu i tam i polały się łzy me czyste, rzęsiste … bo będę musiała zrezygnować z wycieczki do Lichenia. Sama się jechać jednak nie odważę. 


Nie dotrzymałam danego sobie słowa i nie minęły dwa tygodnie, gdy znów wylądowałam w Teatrze Polonia. Tym razem przez Mońka, który zjechał  do Wwy, chciał zażyć kultury, ale z powodu opiekunki do dziecka mógł dopiero o dwudziestej. Ponieważ w kinach grają same oscarowo-hollywoodzkie, postanowiłyśmy pójść do teatru. Okazało się, że z tym jest jeszcze gorzej niż z filmami – zero wyboru. Jedynym spektaklem, który tego dnia w stolicy dużego europejskiego państwa zaczynał się o 20, były Kobiety w sytuacjach krytycznych. Pięć kobiet, pięć monologów. Jeden rewelacyjny – pięćdziesięcioletnia wdowa grana przez Dorotę Pomykałę. Jeden koszmarny – wyjąca do mikrofonu przegrana alkoholiczka grana, przez pozującą na Dorotę Stalińską, Lidię Stanisławską. Pozostałe trzy takie sobie. Generalnie, aż takie dno jak Bóg W. Allena, to to nie było. Ale też nie na tyle dobre, by polecać. To co mnie dodatkowo zirytowało, to zachowanie widowni. Każdy tekst, który był śmieszny (albo wydawał się im śmieszny), kwitowali rechotem. Czułam się jakby to był jakiś kretyński sitcom.


Przeczytałam opowiadania Jacka Dehnela Rynek w Smyrnie.


Sześć opowiadań, niektóre lepsze, niektóre gorsze. Mottem jednego z nich jest taka cudowna wschodnia opowieść:

Pewien efeski kupiec dowiedział się od wróżki, że czeka go rychły zgon. Mając się jednak za człowieka sprytnego, postanowił okpić śmierć i uciec do innego miasta, zanim ona pofatyguje się do niego do Efezu. Spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy i coraz mocniej zacinając muła, popędził w kierunku Smyrny. A tam, na głównym rynku miasta, stała śmierć.
– Nareszcie – powiedziała. – Myślałam już, że się spóźnisz.

Pierwsze pięć opowiadań przeszło bez echa – inna sprawa, że nie jest to moja ulubiona forma literacka. Za to ostatnie opowiadanie Filc to perełka. Przedsmak Lali – pełna anegdot, cudownie snuta opowieść o wiekowych ciotkach (babcia Lala też występuje, ale tylko na marginesie). Zafascynowało mnie trzymane w bezpiecznych miejscach (na szafie, w kącie itp) tekturowe "pudełko  z końcem świata", które jedna z ciotek co rusz czymś nowym obwijała i obwiązywała, tak by zwiększyć prawdopodobieństwo, że zamknięty w nim koniec świata jeszcze przez jakiś czas nie wydostanie się na zewnątrz. Albo taki uroczy pomysł na spędzenie zimy:

Na zimę ciocia Jasia kładła się do łóżka. A na stole kładła kopertę z napisem: „otworzyć po śmierci" z nieodłącznym dopiskiem trochę niżej, mniejszymi literami „mojej, czyli Joanny", jakby mogło chodzić o kogoś innego; w środku znajdowała się kartka z wyszczególnionymi adresami i telefonami osób, które należało zawiadomić o pogrzebie. I potem caluteńką zimę, aż do stopnienia ostatnich śniegów i nadejścia cieplejszych wieczorów, ciocia leżała na spiętrzonych poduszkach i oddawała się ulubionym zajęciom, na ogół – dyktowaniu testamentu