Kolejny odcinek specjalny
W niedzielę, po raz pierwszy była w Kaliningradzie (z tym, że tylko przez moment), Kalinka:

Zrobiłam kilka zdjęć, ale są kiepskiej jakości, bo mój telefon po ciemku robi byle jak. Szkoda:

Kolejny odcinek specjalny
W niedzielę, po raz pierwszy była w Kaliningradzie (z tym, że tylko przez moment), Kalinka:

Zrobiłam kilka zdjęć, ale są kiepskiej jakości, bo mój telefon po ciemku robi byle jak. Szkoda:

(zebrane z rozproszonych wpisów na moim blogu)
Słynny w sezonie zimowym 2005/2006 sweter wyglądał tak:

Mój pomysł na wzór wyglądał tak:

Lustrzane odbicie tego wzoru tak:

Co po zrobieniu próbki wyglądało tak:


Sweter mi wyszedł tak:

Moim zdaniem miałam dobry pomysł na rękaw – czyli nie warkocz po środku na całej długości, tylko u dołu jako wykończenie:

Kołnierz zrobiłam w ten sposób: robiąc dwa przody, zostawiłam oczka z dwóch brzegowych warkoczy i bez nich wyrabiałam podkrój szyi. Potem po nabraniu tych oczek i tego co trzeba było na kołnierz, robiłam go coraz luźniej, coraz grubszymi drutami (zaczęłam od „4”). W ten sposób kołnierz się rozszerza bez „majstrowania” przy wzorze. Nie za bardzo za to wyszedł mi dolny brzeg – jeden rząd ściegu francuskiego + oczka rakowe. Jak na mój gust mógłby być mniej falbankowaty.
Na sweter zużyłam równo kilogram tej wełny (został mi jedynie mniej więcej dwumetrowy kawałek nitki) – robiłam na siódemkach.:
Moje imieniny
Urlop mi odwołano, nawet za bardzo nie protestowałam bo w takie upały to ostatecznie mogę jeszcze chodzić do pracy, ale marnować i tak zmarnowany czas na urlop, to jednak szkoda. Musiałam się zadowolić tylko dwoma dniami błogiego lenistwa z Gumisiem (tzn. leniuchowałam ja, Kaśka stała cały czas przy garach). Stół uginał się od dobrego jadła, dwa dni po imieninach lodówka jest pełna po brzegi, a ja powoli znów się w co poniektóre ciuchy przestałam dopinać.
Imieniny, przynajmniej moim zdaniem, bardzo się udały. Dostałam dużo ładnych rzeczy, między innymi różę od Staśki, którą wsadzę w ziemię dopiero jak zacznie padać:

Od Beaty pierwsze w życiu bonzai, które stoi obok skorup od Joanny:

Od Gumisia gąszcz zielonego:


Od Pawła obrazek z psychodelicznym jeżozwierzem:

Na moich imieninach nie było Joluśki i dlatego zamiast rozmowy aktualnej, przytaczam rozmowę mniej więcej sprzed miesiąca:
Ja: Mówiłaś, że żałoba po stracie trwa rok, zbieranie się do kupy najwyżej drugi rok, tak że góra po dwóch latach wszystko będę miała z grzywki …
Joluśka: Jest dokładnie tak jak ci mówiłam i wszystko przebiega zgodnie z planem…
Ja: Ale minęły już te dwa lata, a mi dalej jest źle …
Joluśka: Kalina, ty mnie nie zrozumiałaś. Ja ci tylko mówiłam ile najdłużej będzie trwało cierpienie z jego powodu …
Kalina: To z jakiego powodu jest mi teraz źle …
Joluśka: Teraz jest ci źle, bo masz jeszcze sama ze sobą masę spraw do pozałatwiania …
Ja: To ile czasu mi to jeszcze zajmie …
Joluśka: Trudno powiedzieć, to indywidualna sprawa, Mnie np. kiedyś zajęło to siedem lat …
Mój synek, moim aparatem, obfotografował Egipt (chyba nie pamięta tak wyglądających sklepów, więc dla niego taki widok to atrakcja), a że świat dziś jest globalną wioską to chociaż synka jeszcze nie ma, zdjęcia już są dostępne na jego serwerze:
Na wracającą z Londynu Ankę czekał imieninowy prezent:
A ja od przyszłego tygodnia ruszam z kolejną remontową edycją i powoli przyzwyczajam się do zaplanowanego na jesień mega – rozgardiaszu. Ahoj przygodo !
Pod wpływem rozlicznych ostatnio doświadczanych emocji, a także co tu ukrywać i zazdrości, że ktoś znajomy wręczył ciotce-wydawcy rękopis swojej powieści (miałam go w rękach, nawet sporo ważył), a ja w swoim długim życiu nie napisałam nawet jednego zdania, postanowiłam zabrać się do dzieła …
Z tym, że ponieważ szybko samokrytycznie odkryłam, że mój pomysł na metaforę nie jest oryginalny, powróciłam do od dawna zapowiadanego projektu – książce-rzece pt. Moje rozmowy z Joluśką (dla nie wtajemniczonych: w realu ciotce-psychoterapeutce).
Rozmowa z tego tygodnia:
Ja: Smutno mi (czyli to co zwykle) …
Joluśka: Bo nie umiesz zauważyć, że w życiu ważne są tylko uczucia i przeżywanie chwil. Np. takich jak ta: wróciłam ostatnio do domu i zobaczyłam Igę, śpiącą na kanapie z psem. Ich widok przepełnił mnie niesamowitą radością. Położyłam się obok nich, a cały pokój wypełniły dobre uczucia…
Ja: Ale uczucia, które mnie przepełniają na widok moich kotów trudno nazwać dobrymi …
Joluśka: To kup sobie psa …
W ogrodzie bliska jestem kupienia wywrotki ziemi. Na tym co jest, to nawet facelia nie rośnie. Jak na razie, dokończyłam usuwanie z kawałka, na którym w tym roku ma być założony trawnik, widocznej jeszcze na tym zdjęciu darniny:

Jedno popołudnie w walce z darniną kibicowała mi ciotka – naukowiec. Siadła sobie z kubkiem herbaty na tym zielonym krzesełku:

Jedyne ruchy jakie wykonywała były związane z paleniem papierosów (bo ona pali, a ja dalej nie!) i po jakimś czasie powiedziała: wiesz Kalina, jak widzę jak ty ciężko pracujesz, to zaczynam mieć wątpliwości, czy miałam rację namawiając cię do pozostania w tym domu.
Zdążę też z imieninowym prezentem dla Anki. Przestraszyłam się, że zabraknie mi włóczki i zamiast pełnej wersji słodziaka, zrobiłam improwizację w stylu Kasi Baloo. Jak skończę, to wszystko co wiem o słodziaku i o co można mnie na jego temat zapytać, zamieszczę na moim drugim blogu:


Są i zadowoleni z tych upałów – np. moje kaktusy i sukulenty rosną jak szalone (takich rozmiarów liściastych wypustek mój meksikano i fallusik nigdy wcześniej nie miały):

I tak generalnie jest dobrze. W połowie tego tygodnia idę na urlop. Zaczynam od trzech dni z Kaśką, uwieńczonych obchodami moich imienin (Gośka, jak zawsze o tej porze roku, siedzi w swojej magicznej Trzciance, ale w jej zastępstwie dobry Gumiś podjął się prac kuchennych, więc jak zawsze będzie coś dobrego do zjedzenia). A potem będzie już coraz lepiej – przywiezienie ziemi, poprawienie spapranych prac ogrodowo-betonowych, posprzątanie komórki itd. Słowem urlop zapowiada się bardzo ciekawie (zwłaszcza, że w związku z otrzymaną chałturą posiedzę sporo i przy komputerze).
ps. wszystkie zdjęcia użyte w tym odcinku bloga zrobiłam moim telefonem komórkowym. Mój aparat poleciał do Egiptu, bo co z tego, że mój dorosły synek ma bardzo dobry aparat z takim dużym czymś z przodu, kiedy mamusia ma gorszy ale sprawny, a on lepszy ale od roku zepsuty.